Niedawno stawiałem w komentarzu pytanie, po co istnieją tak nieefektywne byty polityczne, jak na przykład Grupa Wyszehradzka — która od czasu wstąpienia jej udziałowców (Polski, Czech, Słowacji i Węgier) do Unii Europejskiej nie wyprodukowała żadnej inicjatywy zauważalnej na unijnym forum. Jednocześnie nieśmiało wyrażałem nadzieję, że może coś drgnie w roku 2011, gdy przewodnictwo UE kolejno po sobie sprawowac będą Węgry i Polska. I oto nadszedł pierwszy sygnał.
Wyszehradzcy ministrowie energii — z naszej strony szef resortu gospodarki Waldemar Pawlak — wspólnie wystąpili do komisarza Günthera Oettingera o instrument finansujący infrastrukturę energetyczną w nowej perspektywie budżetowej po roku 2013. Co ważne, miałby on zostać powiązany z unijną polityką spójności. Do listu dołączyli aneks z priorytetowymi projektami energetycznymi, przede wszystkim gazowymi, w różnych fazach zaawansowania. Są to projekty alternatywne wobec połączeń energetycznych z Rosją.
Naprawdę trzeba docenić, że wyszehradzkie nożyce wreszcie się odezwały. Zupełnie inną kwestią jest słyszalność ich szczęknięcia w Brukseli. Unijna centrala wciąż nie rozumie, że nawiązywanie energetycznych więzi ogólnie pojmowanej Unii Europejskiej z Rosją absolutnie nie zwiększa bezpieczeństwa wschodniego przedmurza, jeszcze niedawno leżącego w radzieckiej strefie wpływów.