Wróg u bram

opublikowano: 28-01-2016, 22:00

AUTOPORTRET: Lexus nie zjadł zębów na budowaniu aut premium. Jeszcze. A to oznacza tyle, że wciąż je ma. I może pokąsać.

„Utalentowany pan Ripley” wie, „Jak być sobą”, zna takty „Melodii miłości” i położenie „Wzgórz nadziei”. „Sztuczna inteligencja” to dla niego element przewagi i powód, dla którego w gabinetach konkurencji już zdali sobie sprawę, że „Wróg u bram”. Tak, to wszystko o nowym Lexusie RX. No, niezupełnie o nim samym. Ale trzyma się kupy.

Czerwony dywan

Aktor musi być dobry. Wiarygodny. Dobrze, gdy jest rozpoznawalny, gorzej (choć niekoniecznie dla jego portfela), jeśli jest zaszufladkowany. Doskonale, jeśli grywa w teatrze. Może daje to mniej „celebryctwa”, ale znacząco dodaje prestiżu. Nie od rzeczy jest, jeśli czasem przewinie się przez wielki ekran. A jeśli „przewijarką” będzie Hollywood — to już niemal doskonale. Mile widziane jest, jeśli aktor para się reżyserią i produkcją (światowiec znaczy). A jeśli jeszcze mu to wychodzi, to mamy do czynienia z tuzem. No! I to jest właśnie Lexus RX. Gdyby był aktorem, byłby… No właśnie, kim? Talent Bruce’a Willisa pasuje bardziej do BMW. Kojarzony z dobrym warsztatem, frajdą, ale zaszufladkowany w roli zmęczonego życiem policjanta, który lubi czasem pojechać po bandzie i pobrykać ponad prawem. I pełno go wszędzie, szczególnie przed świętami. Taka tam „Szklana pułapka”. Sophia Loren? To raczej Mercedes. Klasa sama w sobie. A wspomnienie jej piękna i stylu powoduje, że wszystko, co potem, jedzie na opinii niegdysiejszego wdzięku. To miniony styl, ale też klasyka oraz doskonałość niemal z definicji. Dziś nieco ponaciągana, by dorównać współczesnym tendencjom, wciąż przyciąga, ale bardziej nostalgicznym wspomnieniem niegdysiejszego blasku. Jak na gwiazdę przystało. No to kim by był Lexus w tej mojej zabawie? Długo się zastanawiałem. Pytałem biegłych w sprawach kina. Żadna z proponowanych postaci jakoś mi nie sztymowała. Aż tu sam Lexus podpowiedział. Tak! Doskonały wybór. Perfekcyjnie pasujący do charakteru tej marki. Lexus jest w motoryzacyjnym teatrzyku… Brytyjczykiem. To David Jude Heyworth Law. Całkiem niedawno aktor ten podpisał z Lexusem umowę, na mocy której będzie rozsławiał nowego „eriksa”. Pojawi się w reklamach i takie tam. No, lepiej wybrać nie mogli. Strzał w dziesiątkę normalnie!

Wóz aktora

Jude Law pasuje jak ulał do mojego wyobrażenia o Lexusie. Jest rozpoznawalny. Ale bez  przesady (4 na 10 osób zapytanych przeze mnie, kim jest Jude Law, odpowiedziało pytaniem: Kto?). Jest przystojny (koleżanka z pracy na pytanie, kim jest pan Law, odpowiedziała: On jest piękny!), ale ma przeciwników (siedząca naprzeciwko pierwszej koleżanki druga odpowiedziała: Jest brzydki i plastikowy). Zupełnie jakbym słyszał rozmowy kolegów o Lexusie. Większość wie, części nie interesuje, a połowie się podoba. Dla mnie jest blaszano-technologiczną wersją swojego ambasadora. Zarówno pod względem dorobku, urody, doświadczenia, jak i skojarzeń i tytułów, w jakich zagrał. Jaki zatem jest Jude, przepraszam — nowy Lexus RX? Przede wszystkim jest ważny. Nawet bardzo. Dla marki oczywiście. Dotychczas na świecie sprzedało się ponad 2,1 mln Lexusów RX poprzednich generacji, co czyni z tego auta najbardziej rozchwytywany model marki (trzy na dziesięć sprzedanych Lexusów to RX). Nic dziwnego, że dla Lexusa ten model jest tak ważny jak dla aktora rola Hamleta i że Japończycy przygotowywali premierę z podobnym do teatralnego pietyzmem. Linia nadwozia bardzo nawiązuje do mniejszego modelu NX, ale jest łagodniejsza. Wrogowie tego stylu w motoryzacyjnym designie mówią, że wygląda jak karykatura hełmu Lorda Vadera, a ci, którzy się znają na motoryzacyjnej estetyce, że to jeden z najładniejszych SUV-ów. Reszta też raczej nie pozostanie obojętna, bo trudno przejść obok tego auta bez emocji. Jest jak Nowy Jork.

Uwielbisz je albo znienawidzisz. Szarości w tym związku nie będzie.

Uderzające podobieństwo

Wybór ambasadora „eriksa” przez kogoś od tych spraw z Lexusa i tym samym spowodowanie, że model ma być kojarzony z konkretnym aktorem, jego twarzą, dorobkiem czy klasą, to nie jest nowy pomysł. Rzadko się jednak zdarza, by oba elementy tej układanki (aktor i auto) tak dobrze razem grali. Po pierwsze, gra aparycja. W ich przypadku nad wyraz zgodna. Lexus narysowany jest śmiało, z przerośniętym nieco grillem, który wygląda, co prawda, imponująco, ale wtedy, gdy na pół nie dzieli go obowiązkowa w Polsce tablica rejestracyjna. Może to nieco naciągane, ale uważam, że Jude Law ma podobnie ostro ciosane rysy. I wyglądałby równie imponująco, gdyby nie resztka czupryny przecinająca czoło z ogromnymi jak wspomniany grill zakolami. Po wtóre, gra kariera. Jude Law zaczynał skromnie. Od opery mydlanej. Sztuka to niskich lotów, podobnie jak niskich lotów był pierwszy Lexus — ten z 1989 r. Ot, upchnięta w lisy i tafty Toyota Camry. Dziś wypominanie podobieństw Lexusa i Toyoty nie ma już sensu. Bo czy ktoś mówi o Audi, że to farbowany Volkswagen? Takie „współdzielenie” podzespołów jest dzisiaj tak oczywiste jak niegdyś wielocylindrowe silniki w autach premium. A Lexusy z początku lat 90. mają tyle wspólnego z dzisiejszymi co przedszkolne jasełka ze spektaklem w Teatrze Narodowym.

I pomyślcie: Jude Law debiutował w operze mydlanej w 1989 r. Przypadek? Kolejne lata (u Lexusa i jego ambasadora) upłynęły pod znakiem doskonalenia warsztatu, szlifowania talentu i zdobywania doświadczeń. Dziś obaj ( Jude i Lexus) to zupełnie inne aktorstwo i motoryzacja. Pierwszy po latach stał się rozpoznawalny również z wielkiego (jak ten od nawigacji w nowym RX) ekranu. Dwukrotnie nominowany do Oscara (w 2000 r. „Utalentowany pan Ripley” — rola drugoplanowa, i w 2004 r. „Wzgórza nadziei” — rola główna). Lata pracy uczyniły z niego aktora, reżysera i producenta filmowego. I choć w jego dorobku nie brakuje ról pierwszoplanowych, to kojarzony jest z tymi mniej wyeksponowanymi. To kolejna cecha wspólna z Lexusem. Lata pracy powodowały, że każdy kolejny Lexus był doskonalszy od poprzedniego. Lexus uczył się bycia premium, tak jak ambasador „eriksa” bycia aktorem. I może to auto też nie gra pierwszych skrzypiec, ale doskonale się spisuje w drugoplanowej roli, będąc uzupełnieniem dla nudnego europejskiego rynku premium. Zgoda, Lexus może nie zjadł zębów na budowaniu takich aut. Ale oznacza to tylko tyle, że wciąż je ma. I może pokąsać.

Zostajesz w kinie?

Wymienione na początku tytuły pochodzą z filmów — jak się łatwo domyśleć — z udziałem Jude’a Lawa. Nawet można je ułożyć w historię Lexusa. A tytuł „Wróg u bram” powinien zapaść w pamięć zadufanych w sobie producentów z Europy. Z każdym kolejnym modelem Lexus staje się coraz bardziej premium. I nie chodzi o technologię (ma wszystko, co trzeba, i ani grama mniej niż inni), silniki (coraz mniej kogokolwiek obchodzi, co jest pod maską) czy dokładność wykonania (podobnie jak u innych to już ekstraklasa). Chodzi o to coś, co buduje poczucie premium. Pewien światopogląd, który kupujesz razem z autem. Lexus wreszcie jest „jakiś”.

Ma swój określony, nawet jeśli drugoplanowy, charakter. A jak z tym, co w samochodach ważne? Prowadzenie, osiągi, koszty? Dokładnie takie, jakie powinny być we współczesnym, poprawnym politycznie i zgodnym z normami aucie premium. Z kronikarskiego obowiązku napiszę, że do wyboru są dwa silniki (a w zasadzie napędy). Benzynowy dwulitrowy z turbo (238 KM) i hybryda (313 KM). Wszystkie z napędem na obie osie i masą gadżetów, systemów, pstryczków sprawiających, że czujesz się bezpieczniej i lepiej. Również pod tym względem Lexus nie odstaje od konkurencji. Odstaje cenami. Jest tańszy. W przedsprzedaży od 234 900 zł. Za najbogatszą i opływającą wszystkim wersję trzeba zapłacić około 400 tys. zł. Najważniejsze jednak jest to, że Lexus jest w końcu autentyczny i jedyny w swoim rodzaju. Jeśli uznasz, że pasujecie do siebie, otrzymasz „klucze do niezwykłych przeżyć” — tak mówi Jude Law. Jeśli nie… zawsze możesz po prostu wyjść z kina. &

 

Zmiana ról.

Dziś mało kogo obchodzi, co napędza auto i jakie to auto ma osiągi. Kolejne badania rynku dowodzą, że obchodzić będzie to klientów coraz mniej. Natomiast coraz bardziej będą się interesowali technologiami i nowinkami. W Lexusie czytali te badania, bo lista gadżetów jest długa jak kolejka na „Indianę Jonesa” w 1986 r. przed warszawskim kinem Skarpa.

Aktor z rolą.

Nie ma znaczenia, czy luksusowy samochód jest SUV-em, kompaktem czy kombi — musi mieć charakter. Bez niego jest jak aktor bez angażu. Nowy RX nie tylko nabrał charakteru, ale ma też spore szanse na angaż w wielu polskich garażach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu