Największa od lat zmienność na warszawskiej giełdzie doprowadza do szału akcjonariuszy notowanych, polskich spółek. W takiej chwili nie liczą się żadne fundamenty. Rozsądek przegrywa z emocjami.
Nie wszyscy jednak narzekają. Inwestorzy z rynku kontraktów terminowych, nazwani przez niektórych obserwatorów rynku spekulantami, mają swoje pięć minut.Na tak dużych wahaniach nastrojów, jak we wtorek, mogą w ciągu dnia pomnożyć zainwestowane pieniądze. Jest jeden warunek – muszą dobrze przewidzieć zmianę koniunktury.
Weźmy najbardziej płynne na GPW kontrakty terminowe na WIG20 - FW20H8. Rano we wtorek osiągnęły najniższą wartość na poziomie 2682 pkt. Zaledwie 40 minut później na parkiecie do głosu doszli w końcu optymiści. Kurs tej serii kontraktów wzrósł do 2847 pkt. Inwestor, który trafnie wytypował dołek, i zamknął tzw. długą pozycję na górce zainkasował 165 pkt. W przeliczeniu daje to 1650 zł. Rozpoczynając inwestycję inwestor musiał wnieść do biura maklerskiego wstępny depozyt zabezpieczający w wysokości 6,4 proc. wartości kontraktu (około 1700 zł). Zysk dobrze przewidującego inwestora mógł więc wynieść nawet 100 proc. W praktyce takie sukcesy na tym ryzykownym rynku tzw. derywatów osiąga się niezmiernie rzadko.
Nie należy zapominać, że inwestycje w kontrakty terminowe to gra o sumie zerowej. Jeden zarabia, dzięki tracącej drugiej stronie transakcji.