Indeksy w USA z reguły słabną w pierwszej połowie kadencji prezydenta. Nie tym razem?
Wprzeszłości za oceanem cykle giełdowe i wyborcze często charakteryzowały się zaskakującą wręcz zależnością. Regularnie występowała faza spadków indeksów w pierwszych dwóch latach kadencji nowego prezydenta. Wzrosty następowały w drugiej połowie czteroletnich rządów. Zaobserwowana korelacja nie powinna szczególnie dziwić jeśli się weźmie pod uwagę przewidywalność obietnic i działań, jakie na polu gospodarczym podejmuje administracja urzędującego prezydenta. Ma to zwiększyć szanse na reelekcję lub pomoc kandydatowi z tej samej partii.
Jak pokazuje historia, w Stanach Zjednoczonych rynki akcji notowały dołek prawie zawsze w drugim roku prezydentury. Tak działo się aż dwunastokrotnie w latach 1942-2004. Trzykrotnie dno zaliczano w pierwszym roku po wyborach, raz — w trzecim. Nigdy — w czwartym, jak dzieje się teraz (choć oczywiście może to być dno tylko w odniesieniu do indeksów za czasów prezydentury George’a W. Busha, a nie dno w ogóle).
Co ciekawe, gdyby przyjąć strategię inwestycyjną, polegającą na kupnie portfela akcji, odzwierciedlającego indeks SP 500, dokładnie 1 października w drugim roku kadencji i przetrzymywaniu go do 31 grudnia ostatniego roku prezydentury, w każdym z tych czternastu okresów w latach 1952-2004 stopa zwrotu byłaby dodatnia. Co więcej — zysk nigdy nie był niższy niż 16 proc. Przeciwna strategia (kupno akcji 1 stycznia roku inaugurującego prezydenturę i sprzedaż walorów 18 miesięcy później) w 8 na 14 przypadków okazałaby się nieskuteczna, tj. przyniosłaby stratę.
Ostatnie cztery lata stanowią odstępstwo od wskazań statystycznych. Pierwsza faza kadencji G. W. Busha zakończyła się wzrostem (fakt — niewielkim, bo o 7,5 proc.), a w drugiej rekordy indeksów szybko przesłoniło załamanie rynku. Kupno akcji dwa lata temu i trzymanie ich do dziś przyniosłoby ogromne straty.
Można za to z niewielkim ryzykiem obstawiać, że historyczne prawidłowości zostaną potwierdzone w czasie prezydentury Baracka Obamy lub Johna McCaina. Działania Fedu i rządu amerykańskiego, przyniosą pozytywny skutek zapewne za kilka — kilkanaście miesięcy. Wobec tego dołka na giełdach (biorąc dodatkowo pod uwagę, że ruchy inwestorów wyprzedzają zmiany w realnej gospodarce) trzeba się spodziewać w pierwszym, a najdalej w drugim roku kadencji. Chyba że "kryzys osiemdziesięciolecia" okaże się jeszcze głębszy, niż można dzisiaj przy- puszczać.
LICZBY DNIA
7,3
proc. Tyle z reguły rośnie SP 500 w pierwszym roku kadencji prezydenckiej (wyliczenia dla lat 1948-2007).
10,2
proc. W drugim roku kadencji indeksy zazwyczaj przyspieszają we wzrostach.
22,3
proc. To średni wzrost SP 500 w trzecim roku kadencji - najlepszym dla giełd.
12,2
proc. W ostatnim roku kadencji prezydenta USA indeksy z reguły zwalniają tempo.
John McCain, kandydat republikanów
Najważniejsze punkty programu gospodarczego:
1 Obniżenie podatków, przede wszystkim bogatym obywatelom.
2Obniżenie wydatków publicznych. Wyjątkiem wydatki przeznaczone na obronę, dla weteranów wojennych i stymulujące wzrost gospodarczy.
3"Nie" dla wprowadzania barier
protekcjonistycznych
w handlu międzynarodowym.
Barack Obama, kandydat demokratów
Najważniejsze punkty programu gospodarczego:
1Kompleksowa reforma opieki zdrowotnej i wprowadzenie niemal stuprocentowego powszechnego ubezpieczenia.
2Obniżenie podatków (zwłaszcza dla biedniejszych obywateli) i zwiększenie wydatków federalnych, stymulujących wzrost gospodarczy.
3Wprowadzenie protekcjoni-stycznej polityki handlowej w celu ochrony amerykańskich miejsc pracy.
Obama czy McCain
— kto lepszy dla świata?
Zapytaliśmy przedsiębiorców i analityków, kogo widzieliby na fotelu prezydenta USA. Zdania są podzielone,
ze wskazaniem na Obamę.
PRZEDSIĘBIORCY
Andrzej Malinowski
prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich
Nie mogę sobie pozwolić na to, aby konkretnie wskazać, kto powinien zostać prezydentem USA. Wybory wygra kandydat, który daje rękojmię wyprowadzenia kraju z kryzysu finansowego i zagwarantuje, aby się on nie powtórzył. A moim zdaniem lepszy program gospodarczy ma Barack Obama.
Grzegorz Wlazło
społeczny rzecznik przedsiębiorców przy PKPP Lewiatan
Wolałbym, aby na fotelu prezydenta USA zasiadł John McCain. Powód? Znacznie lepiej niż Barack Obama reprezentuje on interesy przemysłu. USA są krajem potężnie zadłużonym i projekt polityczny Obamy, polegający na wzroście pomocy socjalnej, zwiększa zagrożenie załamania się gospodarki Stanów Zjednoczonych. A to byłoby niebezpieczne dla całego świata.
KRAJOWE INSTYTUCJE
Antoni Leonik
prezes SEB TFI
Moim zdaniem, dużych różnic dla rynków finansowych między kandydatami w amerykańskich wyborach prezydenckich nie ma. Mówi się, że John McCain słabiej zna się na gospodarce. Zatem inwestorzy lepiej powinni przyjąć wygraną Baracka Obamy. Z drugiej jednak strony, za prezydentem stoi sztab specjalistów. W konsekwencji rozstrzygnięcie wyborów prezydenckich w USA nie powinno znacząco wpłynąć na sytuację rynków finansowych.
Zbigniew Jakubowski
wiceprezes Union Investment TFI
Na rynku mówi się, że program Obamy jest gorszy z punku widzenia gospodarki amerykańskiej, bo zakłada wyższe podatki. McCain zaś deklaruje ich obniżenie, więc to bardziej korzystne dla rynku akcji. Niemniej, rynki grają pod wygraną Obamy. Być może liczą na to, że kandydat nie zrealizuje swojego programu, tak jak większość jego poprzedników. Analitycy amerykańskiego rynku mówią, że jeśli wygra kandydat demokratów, to indeksy powinny przez dwie do trzech sesji iść w górę. McCain może zdołować giełdy, ale także krótkoterminowo. W dłuższym horyzoncie dla rynków nie ma znaczenia, kto wygra. Co z GPW? U nas po wyborach w Stanach Zjednoczonych będzie kontynuował się ruch korekcyjny w trendzie spadkowym.
ZAGRANICZNE INSTYTUCJE
Allen Sinai
główny ekonomista Decision Economics
Którykolwiek kandydat zwycięży, będzie miał przed sobą jedno kluczowe zadanie gospodarcze — uruchomić ponownie rynek pieniężny i rozruszać słabnącą w oczach koniunkturę. Sytuacja nie jest ciekawa. Stopa bezrobocia może w przyszłym roku wzrosnąć nawet do 8 proc. z 6,1 proc. we wrześniu. Tempo wzrostu gospodarczego w ostatnim kwartale 2008 r. i w pierwszym 2009 r. może skurczyć się o 4 proc. w ujęciu rocznym. Gospodarka Stanów Zjednoczonych weszła w długą i głęboką recesję. Oby nowy prezydent wiedział, jak z tym walczyć.
Jan Hatzius
główny ekonomista Goldman Sachs w USA
Z punktu widzenia amerykańskiej gospodarki ważne jest, że obaj kandydaci są gotowi do podejmowania kolejnych działań fiskalnych, stymulujących ożywienie gospodarcze. Jednak nie wiadomo, jak bardzo będą skuteczni. Oprócz 168 mld USD, które przeznaczył na ten cel odchodzący prezydent George W. Bush, senator Obama proponuje plan o wartości kolejnych 50 mld USD. Kwota ta miałaby być przeznaczona na inwestycje publiczne. To jednak nie wystarczy, żeby zapobiec dalszemu obniżaniu się wzrostu gospodarczego. Żeby złagodzić straty sektora nieruchomości i przedsiębiorstw, na rynek trzeba wprowadzić 300-500 mld USD.
Kamil Zatoński