Wygrana debata to nie wybory

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-09-11 20:00

Największą wartością telewizyjnej debaty prezydenckiej, zorganizowanej we wtorek (u nas była już środa) profesjonalnie przez stację American Broadcasting Company (ABC), jest okoliczność, że w ogóle się odbyła.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Do następnej przed głosowaniem 5 listopada 2024 r. być może już nie dojdzie. Donald Trump przed tą zaplanowaną na 10 września długo odmawiał, kluczył, krytykował ABC, wysuwał żądania – ale w końcu jednak stawił Kamali Harris czoło. Niezwykle symboliczne było samo miejsce – Narodowe Centrum Konstytucyjne w historycznej stołecznej Filadelfii, niedaleko od kultowego Dzwonu Wolności. Notabene w następny wtorek, 17 września, przypada 237. rocznica uchwalenia Konstytucji USA i właściwie szkoda, że ABC nie zaproponowała symbolicznego terminu o tydzień później. Z drugiej strony kandydaci starli się w wigilię 23. rocznicy wydarzenia najstraszniejszego dla współczesnych USA – uderzenia terrorystów 11 września 2001 r. na World Trade Center i Pentagon.

Zobiektywizowana ocena debaty jest jednoznaczna – wizerunkowo wygrała Kamala Harris. Niektóre amerykańskie sondaże wykazują wynik procentowy aż 63:37, faktyczna różnica była mniejsza, ale ekranowej porażki kandydata republikańskiego nie negują nawet komentatorzy mu sprzyjający. Charakterystyczne były wpisy postaci z wielomilionowymi zasięgami w mediach społecznościowych – Kamalę Harris jako prezydentkę widzi estradowa celebrytka Taylor Swift, natomiast powrót Donalda Trumpa konsekwentnie i bezwzględnie popiera Elon Musk, najbogatszy człowiek świata.

Kamala Harris zaprezentowała się tak publicznie ogółowi Amerykanów właściwie pierwszy raz. Dotychczas jej występy na konwencji Partii Demokratycznej oraz na wiecach zorientowane były na delegatów czy zwolenników. Najważniejszym celem każdej telewizyjnej debaty wyborczej jest zaś przekonywanie nie swojaków, lecz niezdecydowanych. W tym kontekście zaskoczeniem na plus okazało się nadspodziewanie dobre przygotowanie Kamali Harris. Zadała na ringu kilka celnych ciosów, a najbardziej zaskoczyła rywala w pierwszych sekundach, gdy wbrew scenariuszowi podeszła podać mu rękę, od czego Donald Trump uciec nie mógł. Generalnie popełnił grzech zlekceważenia kontrkandydatki, o której mówił bezosobowo „ona” i kilka razy starał się wmówić, że Kamala Harris jest po prostu Josephem Bidenem. Jego założenie, że spotyka się ponownie z rozbitym 27 czerwca niemrawym 82-latkiem było niedorzeczne – żwawa 60-latka tym razem jego, 78-latka, sprowadziła do defensywy. Obnażona została miałkość oferty programowej Donalda Trumpa, który w 2016 r. rzucił chwytliwe hasło „Make America great again” i dzięki niemu wygrał. Podczas obecnej debaty kilka razy odtwarzał zgraną płytę o zalewie przestępców z imigracji. Przekroczył granicę śmieszności, rzucając absurdalny argument o… zjadaniu Amerykanom psów i kotów przez biednych imigrantów z Haiti. To medialne głupstwo, notabene zdecydowanie zareagował na nie współprowadzący debatę David Muir z ABC News. Była to nauczka ze wspomnianej debaty czerwcowej, gdy dziennikarze stacji CNN nie prostowali na bieżąco kłamstw Donalda Trumpa.

Marny występ naburmuszonego Trumpa nie oznacza, że Kamala Harris nadzwyczajnie błysnęła zwłaszcza w kwestiach gospodarczych. Lejtmotywem jej występu było akcentowanie, że Ameryka stoi na cywilizacyjnym wielkim rozdrożu. Nikt jednak nie wie, jaka będzie realna przekładalność wrażeń telewidowni z 10 września na głosy oddane 5 listopada (lub wcześniej korespondencyjnie). Prezydenckie rozstrzygnięcie niezmienne zależy od wyników w 7-10 stanach tzw. swingujących. W pozostałych ponad 40, zarówno demokratycznych niebieskich, jak też republikańskich czerwonych nic się już nie zmieni i głosy elektorskie z tych stanów Kamala Harris i Donald Trump mają – odpowiednio – zagwarantowane. Tej pewnej już cząstki wyników nie zmienią żadne debaty, wiece, spotkania, ulotki, reklamy i inne formy kampanii.