Wyjadacz kredytowy potrafi liczyć
Kredyty udzielane przez firmy pośrednictwa pozwalają zrealizować marzenia o lodówce, pralce, kafelkach do łazienki. Ich największą zaletą jest to, że można je zaciągać bezpośrednio w sklepie. Wadą, że są zdecydowanie zbyt drogie.
OPROCENTOWANIE kredytów oferowanych przez firmy pośrednictwa, w ostatnim roku bardzo zbliżyło się do proponowanego przez banki komercyjne. Tu jednak, bardziej jeszcze niż przy zadłużaniu się w banku, należy dokładnie przeczytać umowę, zanim się ją podpisze. Jak zwykle bowiem, diabeł tkwi w szczegółach. W tym wypadku najważniejszym szczegółem są prowizje. Są one zwykle przynajmniej dwa razy wyższe niż pobierane przez banki. 7-procentowa prowizja tylko od 3 tys. zł oznacza, że oprócz normalnego oprocentowania dajemy firmie jeszcze 210 zł.
PŁACIMY ZA TO, że kredyt możemy uzyskać bezpośrednio w sklepie. Tymczasem jeśli ktoś posiada rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy, w ogóle powinien zapomnieć o istnieniu pośredników, tylko w ROR otworzyć linię kredytową. Raz na zawsze zyska pieniądze na dodatkowe zakupy bez konieczności każdorazowego wypełniania dokumentów i przynoszenia zaświadczeń o stałym zatrudnieniu i wysokości dochodów.
WIĘKSZOŚĆ firm pośredniczących wymaga bowiem takiej samej liczby dokumentów co banki. Bez dodatkowych zabezpieczeń można się w nich zadłużyć tylko na niewielkie kwoty. Ale przy dokonywaniu zakupów w sklepach z gospodarstwem domowym, sprzętem audio-telewizyjnym czy hipermarketach klienci zwykle potrzebują od kilkuset do 3 tys. zł.
TAK NAPRAWDĘ firmy pośrednictwa kredytowego kierują ofertę przede wszystkim do osób z dochodami na poziomie średniej krajowej lub niższymi, takich, które ulegają wszelkich chwytom reklamowym. Kuszą tym samym co producenci proszków do prania: że ich produkt jest najlepszy, łatwo dostępny, tani i w zasięgu ręki. Niektóre z nich posuwają się nawet do tego, by z ofertą zaciągnięcia kredytu przyjść bezpośrednio do domu klienta — po tym co widzą w środku oceniają zdolność kredytową delikwenta. Wielu pośredników nie chce nawet podać oprocentowania w skali roku. Klient (po określeniu, ile potrzebuje pieniędzy i na jaki okres chciałby się zadłużyć) dostaje tylko informację, ile będzie musiał spłacać miesięcznie. Ponieważ kwoty nie są wysokie, to i raty miesięczne też niewielkie — co nie zmienia faktu, że często oprocentowanie takiego kredytu może być kilkakrotnie wyższe od oferowanego przez bank. Stary kredytowy wyjadacz to zauważy, osoby nieobyte z bankami — niekoniecznie.