Wykres inflacji stale się wznosi

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-07-14 20:00

Skuteczne zbijanie inflacji jest sztuką niezwykle trudną, w realnej gospodarce porównywalną jedynie z wychodzeniem z głębokiego bezrobocia.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W krótkim horyzoncie czasowym rządzącym udaje się wyłącznie środkami nadzwyczajnymi, takimi jak wymiana waluty lub skokowe urealnienie wysokości stóp kredytów. Niepodległa Polska oba sposoby już przerabiała. W 1924 r. reforma skarbowa i monetarna Władysława Grabskiego zdusiła w II RP, chociaż wcale nie tak szybko, hiperinflację dzięki zamianie marki na złotego. Władcy PRL wymyślili prostszy sposób – w 1950 r. z całkowitego zaskoczenia przeforsowali rabującą społeczeństwo wymianę złotego powojennego na nowego. Po powtórnym odzyskaniu niepodległości w 1989 r., na samym początku III RP, w pakiecie Leszka Balcerowicza weszła zaś w życie od 1 stycznia 1990 r. ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych, która radykalnymi metodami stłumiła ogromną inflację, drugą w naszej historii (pomijając okresy wojen).

Inflacja rozkręcająca się obecnie jest co do wysokości trzecia. W jej rozmiarach sięgających już 16 proc. r/r oczywiście znaczący udział ma agresja Rosji na Ukrainę, ale uczciwy jest podział tych punktów mniej więcej pół na pół. Przecież spiralę wzrostu cen w Polsce już na długo przed wojną na Wschodzie napędziło kreowanie przez władców pustych miliardów, finansujących rozbuchane ponad stan wyborcze programy społeczne, sprowadzające się do rozdawnictwa kasy. Taka polityczna doktryna obecnie wyznacza również sposoby przeciwdziałania skutkom inflacji. Zamrożenie ceny węgla opałowego, w liczbie do trzech ton, a także ustawowe wakacje kredytowe – których koszt bankowcy oszacowali na 30 mld zł – to rozwiązania nie systemowe, lecz epizodycznie łagodzące nieco skutki. Władcy uruchomili niemający końca wyścig cen i świadczeń. Punktowo odpowiada to chluśnięciu na inflacyjny pożar wodą, ale w ujęciu całościowym jest dolaniem benzyny.

Uspokajające prognozy prezesa Adama Glapińskiego stają się coraz większą abstrakcją. Według najnowszej wersji oficjalnej NBP wykres funkcji inflacji miałby osiągnąć maksimum pod koniec wakacji i potem zacząć spadać. Analiza matematyczna wymaga, aby wtedy pochodna nieszczęsnej funkcji się wyzerowała, ale nic na to nie wskazuje. Sami eksperci banku jako najwcześniejszy hipotetyczny termin odwrócenia trendu wskazują pierwszy kwartał 2023 r., ale bardzo nieśmiało. Przypominam, że kampania wyborcza osiągnie maksimum na początku trzeciego kwartału…

Spośród licznych tez i deklaracji prezesa NBP tylko jedna jest w pełni wiarygodna. Dopóki Adam Glapiński będzie zajmował stanowisko, czyli konstytucyjnie w latach 2022-28, nie ma mowy choćby o pomyśleniu o przystąpieniu Polski do Eurolandu. Bez aktywnej współpracy banku centralnego nie byłoby to możliwe nawet po ewentualnym zwycięstwie wyborczym w 2023 r. koalicji sprzyjającej wspólnej walucie. Po 2015 r. zostały zlikwidowane komórki rządowe i bankowe zajmujące się przygotowaniami. Samo ich odtworzenie potrwałoby długo, nie mówiąc już o okresie ciężkiego terminowania polskiego złotego w walutowej poczekalni kursowej ERM II. Nasze traktatowe zobowiązanie akcesyjne z 2004 r. do przyjęcia wspólnej waluty odsuwa się zatem w bardzo mglistą przyszłość. Ciekawe, że Chorwacja, która do UE przystąpiła w 2013 r., przy pełnej zgodzie klasy politycznej i społeczeństwa od 1 stycznia 2023 r. zastępuje narodową kunę przez euro. W kolejce zaś stoi Bułgaria. Oba te unijne państwa nie zostały dotychczas przyjęte do strefy Schengen, ale Euroland okazał się dla nich celem znacznie ważniejszym.

Politycy i obywatele Chorwacji zgodnie uznali, że na morzu gospodarczej i monetarnej niepewności ich kraj powinien dosiąść się na stabilną łódkę euro.