Jedną z najważniejszych oznak destabilizacji makroekonomicznej gospodarki jest oderwanie się cen i płac od realnych procesów produkcji. To sytuacja, w której płace i ceny zaczynają rosnąć napędzane oczekiwaniami, a nie relacją popytu i podaży. Jednym zaś z ważniejszych wskaźników, które pozwalają ocenić, czy takie zjawisko występuje, jest wzrost płac w relacji do wzrostu wydajności pracy. Jeżeli płace rosną dużo szybciej niż wydajność, mamy do czynienia ze spiralą płacowo-cenową: firmy podnoszą płace, bo wiedzą, że zaraz przerzucą to na ceny.

Ostatnie dane z Polski wskazują, że na razie nie ma jednoznacznych objawów spirali płacowo-cenowej. Co ciekawe, najnowsze szacunki relacji płac do wydajności wskazują, że płace wciąż trzymają się niedaleko od wydajności. Choć ich nominalny wzrost jest niemal dwucyfrowy, to wydajność też rośnie w bardzo szybkim tempie. Główne pytanie brzmi: czy uda nam się to utrzymać?
Spójrzmy na liczby. W I kw. PKB wzrósł realnie o 8,5 proc. r/r, a zatrudnienie w całej gospodarce o 1,5 proc., co oznacza, że wydajność pracy (PKB w przeliczeniu na zatrudnionego) zwiększyła się o 6,9 proc. Jest to kosmiczny wzrost – historyczna średnia wynosi ok. 3 proc. rocznie. Płace nominalnie zwiększyły się o 9,7 proc. r/r (dane z gospodarki narodowej, czyli przedsiębiorstw i sektora publicznego bez samozatrudnionych, rolnictwa, sektora finansowego).
To wszystko oznacza, że jednostkowe koszty pracy, czyli płace nominalne w relacji do realnej wydajności, zwiększyły się tylko o 2,6 proc. r/r. To dokładnie tyle, ile wynosi średnia historyczna i znacznie mniej niż w okresach największego przyrostu – w 2008 czy 2020 r. Jest to nawet mniej niż w 2021 r., kiedy sam sygnalizowałem problem z narastającymi jednostkowymi kosztami pracy.
To może oznaczać, że na razie nie ma w Polsce spirali płacowo-cenowej. Płace rosną w szalonym tempie, ale dzieje się tak z powodu szalonego wzrostu wydajności pracy, a nie z powodu oderwania cen i płac od realnych procesów produkcyjnych. To też może być argument za tezą, że na razie wysoka inflacja jeszcze nam się nie „przykleiła” do gospodarki – może w warunkach spowolnienia PKB szybko spaść.
Możliwe jest jednak też, że wzrost wydajności jest zjawiskiem przejściowym, a wzrost płac nominalnych – trwałym. W takiej sytuacji problem jednostkowych kosztów pracy wybuchnie w pełnej okazałości za parę kwartałów. Wydajność skoczyła, ponieważ w okresie wychodzenia z pandemii przyrost PKB jest zaskakująco wysoki, choć na pewno nie będzie tak wysoki w najbliższej przyszłości. Jednocześnie płace mogły podskoczyć z powodu ekstremalnie niskiego bezrobocia, czyli zjawiska, które jest znacznie bardziej trwałe niż wychodzenie z pandemii. Innymi słowy, możliwe jest, że niski wzrost jednostkowych kosztów pracy maskuje spiralę płacowo-cenową: ona jest, ale chwilowo jej nie widać tak wyraźnie.
Na tę gorszą możliwość wskazuje wielu ekonomistów. Oczywiście nie wiemy jednak, jak jest naprawdę, bo posługujemy się tylko mało dokładnymi danymi.
I to jest kolejny ważny problem z wnioskami wysuniętymi na początku tekstu. Dane są wielce niedokładne: płace mamy tylko z grupy ok. 9 mln pracowników, dane o zatrudnieniu mają wątpliwą jakość z powodu problemów z uchwyceniem pracy imigrantów. Być może zatrudnienie wzrosło znacznie mocniej w I kw. z powodu powrotów imigrantów, a wtedy wydajność byłaby niższa, a jednostkowe koszty pracy wyższe.
Pomijając problemy z danymi, najważniejsze obecnie pytanie to, czy w miarę normalizowania wzrostu wydajności pracy będzie się też normalizował nominalny wzrost płac? Jeżeli tak, to świetnie. To będzie oznaczało, że raczej nie grozi nam trwale wysoka inflacja. Jeżeli nie, to źle – bank centralny będzie musiał wówczas naciskać pedał hamulca aż do dna.
