Wzrost indeksów na małym obrocie nie zapowiada hossy

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-05-24 00:00

Kiedy po dużych spadkach ze sporym obrotem indeksy rosną przy małej aktywności inwestorów to możemy mówić jedynie o korekcie.

Z Ameryki

W USA kolejny tydzień niewielkich zmian indeksów, ale jednak po raz czwarty z negatywnym bilansem. Indeksy kręcą się blisko średniej 200-sesyjnej, której przełamanie jest uważane za istotny sygnał techniczny. Problem w tym, że ani byki ani niedźwiedzie nie są w stanie wygenerować mocniejszego ruchu.

Dane makro w zeszłym tygodniu zeszły na dalszy plan, ale też nie pokazywały jednoznacznego obrazu sytuacji. Rynek nieruchomości trzyma się doskonale, ale liczba wniosków o kredyty hipoteczne i o refinansowanie spada, a to zwiastuje problemy. Nic dziwnego, bo jeśli wzrosną stopy procentowe, to spadnie popyt na kredyty. Indeks NY Empire State pokazał, że w tym regionie gospodarka zwalnia dużo szybciej, niż oczekiwali analitycy. Podobne sygnały nadeszły z regionu Filadelfii i z rynku pracy. To wszystko sygnalizuje, że gospodarka się uspakaja, co — paradoksalnie — wcale nie jest złą informacją. Oczywiście pod warunkiem, że ochłodzenie nie zamieni się w stagnację. Zwalniająca gospodarka zmniejszy skalę nadchodzącej podwyżki stóp, a przez to przedłuży się ożywienie. Jego skala zostanie jedynie zredukowana do optymalnego rozmiaru. Jest jednak ciągle problem inflacji, która wszystko może zmienić. Subindeks płaconych cen z raportu Fed z Filadelfii osiągnął najwyższy poziom od sierpnia 1988 r. Podobnie było z cenami sprzedaży. Poza tym 39 proc. ankietowanych producentów informuje, że doświadcza braków lub opóźnień w dostawach surowców. To znaczy, że podaż jest za mała, a to przecież podnosi ceny, zwiększając inflację i przybliżając moment poniesienia poziomu stóp procentowych.

Jednak w środku tygodnia wydawało się, że rynek już zdyskontował przynajmniej to, że wzrosną rynkowe stopy procentowe. Pierwszym sygnałem ostrzegającym obóz niedźwiedzi, że wzrost stóp procentowych może być już w cenach, była reakcja na wypowiedź Alfreda Broaddusa, prezesa Fed z Richmond. Powiedział, że Fed bacznie śledzi inflację i jest gotów interweniować, stopniowo zwiększając poziom stóp procentowych. Ciekawe było również to, że inny członek Fed, Ben Bernanke, powiedział, że obietnica Fed o stopniowym podwyższaniu płac nie jest bezwarunkowa, a rynek nie zareagował negatywnie. Mało tego, gracze na rynku obligacji skupili się na innej części jego wypowiedzi, w której mówił, że nie oczekuje dużego wzrostu inflacji. Reakcje rynku akcji podczas sesji, kiedy rosła rentowność obligacji, były bardzo obiecujące. Zakładam, że ta sprawa — w krótkiej perspektywie — będzie odgrywała coraz mniejszą rolę. Oczekuje się jednak, że do końca przyszłego roku Fed podniesie stopy z jednego do czterech procent, co w dłuższym okresie na pewno będzie negatywnie oddziaływało na rynek akcji.

Inwestorom poprawiały nastroje giełdy azjatyckie. Szef banku centralnego Chin powiedział, że podwyżka stóp może być rozważona, jeśli inflacja przekroczy 5 proc. Wcześniej mówiono o 3 proc. Poza tym informacja, że dynamika inwestycji w środki trwałe znacznie spadła, sygnalizuje że gospodarka zwalnia. Coraz więcej ekonomistów twierdzi, że Chinom uda się „miękkie lądowanie”, czyli spowolnienie gospodarki bez wywoływania kryzysu. Teraz na pierwszym planie jest sytuacja na rynku paliw. Trudno będzie o spokój na rynkach akcji, jeśli cena ropy będzie rosła. Jednak OPEC już weekend mógł zdecydować o znacznym zwiększeniu wydobycia (naciski polityczne są olbrzymie), dzięki czemu rynki się uspokoją. Piątkowe zapowiedzi Arabii Saudyjskiej wyraźnie taką decyzję sygnalizowały. Podniesienie o 1,5 mln baryłek wyhamowałaby tylko dynamikę wzrostu notowań, ale nawet większa produkcja obniży cenę tylko na krótki okres. Rosnące ceny ropy, zagrożenie podwyżką stóp, coraz bardziej napięta sytuacja geopolityczna i zbliżające się szybko wybory w USA tworzą wybuchową mieszankę. Nie twierdzę, że to musi wywołać bessę na giełdach, ale niewątpliwie jest to sytuacja jak z przeciążonym wielbłądem — słomka może przełamać mu grzbiet. Gospodarka jest w takim punkcie, że niespodziewane wydarzenie szybko doprowadziłoby do gwałtownego i trwałego pogorszenia sytuacji. Najgorsze, że nie sposób przewidzieć, kiedy coś się wydarzy.

W tym tygodniu niewiele będzie się działo. Fala wyników kwartalnych już gasła, a danych makro będzie niezbyt dużo. Wydaje się, że najważniejsze będą indeksy zaufania i nastroju oraz raport o wydatkach i przychodach Amerykanów. Przypominam, że w ostatni dzień maja, czyli w przyszły poniedziałek, jest w USA święto – giełdy nie pracują. To dodatkowo ograniczy aktywność pod koniec tygodnia. Nie zanosi się na przełom. Nie widzę powrotu do hossy, ale na razie nie widzę też większych spadków. Oczywiście, o ile się nie mylę i sprawa podwyżki stóp jest zdyskontowana, a cena ropy rzeczywiście przestanie rosnąć po posiedzeniu OPEC.

Z Polski

Mocne wyprzedanie techniczne rynku zaowocowało w minionym tygodniu wzrostem indeksów, ale zwracał uwagę bardzo mały obrót. Kiedy po dużych spadkach ze sporym obrotem indeksy rosną przy małej aktywności inwestorów, to możemy mówić jedynie o korekcie, a nie o początku trwałych wzrostów. Trudno było oczekiwać, że w bardzo niepewnej sytuacji na świecie i przy ciągłych zmianach w naszej polityce, rynek wygeneruje coś poważniejszego. W każdym razie rynek wyprzedany już nie jest i teraz zaczyna się poważna gra. Bardzo ciekawe było to, co działo się na Węgrzech. Tam mocno zaatakował zagraniczny popyt. Praktycznie zawsze po zwyżce na Węgrzech następuje realizacja zysków, a kapitał przechodzi do nas, co kazałoby oczekiwać wkrótce wzrostów indeksów. Martwi mnie jednak, że na innych rynkach rozwijających widać jedynie zatrzymanie spadków.

Jeśli chodzi o politykę to sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, ale nadal istnieje szansa na powołania rządu Marka Belki. Nawiasem mówiąc, co za różnica, czy wybory będą w lutym, czy w maju? Większość niezależnych ekspertów i wypowiada się za majowym terminem wyborów, ale nasza klasa polityczna przypomina stado lemingów. Nie mam już siły pisać o fieście polityków, którzy bawią się naszym kosztem. Niestety, nie tylko oni pędzą ku przepaści. Nie ulega wątpliwości, że rząd nie pracuje tak, jak mógłby, gdyby tylko miał spokój. Pojawiają się oryginalne pomysły wyborcze zmierzające do zadłużenia kraju. Tymczasem coraz bardziej prawdopodobne staje się również zwiększenie zadłużenia powyżej 55-proc. progu ostrożnościowego. Jeszcze klika miesięcy temu była szansa, by w tym roku przejść na unijną metodologię liczenia długu, teraz też zapewne nikt nad tym nie pracuje. Nie jest jednak wykluczone, że nam i politykom znowu się uda. Złoty w stosunku do euro zachowuje się znakomicie. Wyszedł dołem z szesnastomiesięcznego kanału trendu, co zapowiada dalsze wzmocnienie (nawet do 4,48 zł za EUR). Gdyby złoty się wyraźnie wzmacniał (będzie, jeśli rząd uzyska wotum zaufania), to próg konstytucyjny zadłużenia nie zostanie przekroczony. To jeszcze jeden, ważny powód, by Marek Belka został pełnoprawnym premierem.

Zarówno media, jak i w mniejszym stopniu ekonomiści, w zeszłym tygodniu zachwycali się zarówno doskonałymi wynikami spółek i informacją, że budżet dzięki wpływom podatkowym miał nadwyżkę, sprzedaż detaliczna biła rekordy, a produkcja wzrosła znowu o ponad 20 proc. Wyglądało to rzeczywiście doskonale, ale zarówno wyniki kwartalne spółek, jak i duże wpływy podatkowe, mają tę samą genezę i prowokują te same, prawdopodobnie błędne wnioski. W mediach mówi się o tym, jaki to wspaniały rok nas czeka i jak dobrym pomysłem było obniżenie podatku CIT. Nie twierdzę, że rok będzie zły, ale wyciąganie wniosków z tego, co widzieliśmy przed wejściem do UE jest grubym nieporozumieniem.

Oczywiste jest, że przed majem, ze strachu przed podwyżkami cen, eksplodował popyt wewnętrzny i eksport, a co za tym idzie produkcja. Zmiany VAT-u napędzały koniunkturę w budownictwie. To musiało znacznie zwiększyć zyski spółek i przychody budżetu. Podobny skutek miało przesuwanie na pierwszy kwartał zysków z zeszłego roku. Chodziło o skorzystanie z mniejszego podatku dochodowego. Te elementy tak mocno wpływają zarówno na zyski spółek, jak i na przychody budżetu, że nie wolno stawiać tez o trwałym i mocnym ożywieniu. Jeśli chodzi o wyniki spółek to dopiero trzeci kwartał pokaże, na czym stoimy, bo drugi będzie znowu zaburzony przez znakomity kwiecień. Jeśli zaś chodzi o budżet, to odpowiedź da nie tyle maj (może być słabo), ile następne miesiące. Nie twierdzę, że w Polsce nie ma ożywienia gospodarczego. Jest, ale mocno przestrzegam przed myśleniem życzeniowym i błędnymi interpretacjami danych, bo to może doprowadzić do katastrofalnych w skutkach posunięć. Może się bowiem okazać, że będziemy wydawali przyszłe przychody, których nie dostaniemy. Szczególnie, jeśli ceny paliw zduszą wzrost.

W najbliższych dniach znów obraduje Rada Polityki Pieniężnej. Podczas kolejnego posiedzenia będzie możliwa zarówno zmiana poziomu stóp procentowych, jak i nastawienia. Stopy z całą pewnością nie zmienią się. Inflacja wzrosła (szczególnie ceny producentów), ale jeszcze nie pora na tłumienie ożywienia gospodarczego. Złoty ostatnio wzmacnia się, więc waluty też bronić nie trzeba. Jedynie z obligacjami jest dużo gorzej, bo na całym świecie ten rynek jest w bessie. U nas też już w środę MF nie mogło sprzedać obligacji pięcioletnich — popyt był za mały. Na giełdzie wzrostu na małym obrocie nie można poważnie traktować. Czekamy więc na mocniejszy ruch wiedząc, że nastąpi wtedy, kiedy nikt tego oczekiwać nie będzie. Ale żeby było trudniej, to przedtem może jeszcze nastąpić znaczny spadek, który jednak nie powinien doprowadzić indeksu WIG20 poniżej 1600 pkt. Uważam, że trwa akumulacja akcji przed letnią hossą, którą odwołać mogą jednak nasi, zapatrzeni w siebie, politycy.