Bez niecodziennego sojuszu byłoby to jednak niemożliwie
Pod koniec czerwca, po długiej batalii, walne zgromadzenie akcjonariuszy podjęło uchwałę dotyczącą zmian w radzie nadzorczej North Coast, spółki zajmującej się handlem żywności, głównie z Włoch. Powołano osobę proponowaną przez BPH TFI i dokonano zmian w składzie zarządu firmy. Historia ta może być dla inwestorów lekcją wytrwałości w dążeniu do celu. Pokazuje też, że drobni gracze, posiadający nawet niewielkie pakiety akcji, mają siłę przebicia, mogą walczyć o swoje interesy i tę walkę wygrywać.
Kropla drąży skałę
Pierwsze podejście do wprowadzenia reprezentanta do rady nadzorczej mniejszościowi akcjonariusze North Coast zrobili w lutym. Wnioskowali wówczas także o powołanie rewidenta do spraw szczególnych, który miał zbadać wątpliwości dotyczące działalności spółki, w tym m.in. działalności spółek zależnych. Skończyło się fiaskiem, bo wnioski zostały odrzucone przez wiodącego inwestora — Nuova Castelli, którzy po sfinalizowaniu wezwania na akcje z grudnia ubiegłego roku zdobył 57 proc. kapitału, czyli 67 proc. głosów na WZA. W czerwcu, dzięki mobilizacji inwestorów przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych oraz działaniu BPH TFI, cel udało się osiągnąć. Jarosław Lis, zarządzający BPH TFI tłumaczy, że bez sojuszu z inwestorami indywidualnymi byłoby to niemożliwe.
— Współpraca była naturalnym działaniem w celu ochrony praw akcjonariuszy mniejszościowych. Taki so-
jusz przynosi obopólne korzyści i pokazuje, że nawet niewielka liczba akcji zebrana w grupie może mieć duże znaczenie. Dopóki nie wejdą w życie nowe dyrektywy unijne chroniące prawa mniejszościowych graczy, to takie współdziałanie jest po prostu konieczne. Jednocześnie jest to wyraźny sygnał dla wszystkich akcjonariuszy większościowych, że trzeba liczyć się z pozostałymi inwestorami — wyjaśnia Jarosław Lis, dyrektor biura aktywów akcyjnych BPH TFI. Wniosek dotyczący powołania biegłego rewidenta został odrzucony, ale to nie oznacza kapitulacji. Przedstawiciel BPH TFI zapowiada walkę w sądzie.
— Biegłego rewidenta powołać się nam nie udało. W tej sprawie rozważamy jednak skierowanie sprawy do sądu, ale na razie chcemy poczekać na efekty pracy powołanego członka rady nadzorczej — wyjaśnia Jarosław Lis.
Bez precedensu
Współpraca inwestorów indywidualnych z funduszami, a do tego tak udana, jak w przypadku North Coast, to na rodzimym rynku rzadkość. Paweł Juszczak ze Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych tłumaczy, że nawet w sytuacjach skrajnych, kiedy podejmowane w spółce decyzje wyraźnie naruszają interesy mniejszościowych akcjonariuszy, niewielu z nich korzysta ze swoich praw.
— Inwestorzy indywidualni zazwyczaj w ogóle nie rejestrują się na walne zgromadzenia. Działania funduszy w czasie obrad nierzadko ograniczają się natomiast do biernego udziału w głosowaniu — tłumaczy Paweł Juszczak.
Przykład spółki North Coast budzi nadzieję na kolejne podobne przypadki w przyszłości. Okazuje się bowiem, że przy dosyć niewielkim wysiłku takie sojusze mogą być bardzo skuteczne.
— W wielu giełdowych spółkach inwestorzy indywidualni wspólnie z OFE i TFI posiadają znaczący udział w akcjonariacie. Dzięki połączeniu sił nie tylko można zapobiegać ewentualnym niekorzystnym działaniom dominującego akcjonariusza, ale także realnie wpływać na funkcjonowanie firmy — potwierdza Paweł Juszczak.
Od importera do eksportera
W 2006 r. North Coast debiutował na GPW jako importer żywności pochodzącej głównie z Włoch. Otoczenie wówczas sprzyjało, bo złoty się umacniał, więc sprowadzane produkty były tańsze, a marże — wyższe. Eldorado się skończyło, gdy polska waluta zaczęła się osłabiać. Wówczas spółka postanowiła import zamienić na eksport. Kupiła fabrykę w Rzepinie, gdzie rozpoczęła produkcję serów włoskich typu mozzarella i ricotta. Szybko okazało się, że koszty inwestycji były wyższe niż zakładano, a na dotację z Agencji Rozwoju Przemysłu, o którą się ubiegano, przyszło czekać aż 4 lata. Gdy w końcu produkcja serów zaczęła przynosić rezultaty, cena mleka wzrosła do rekordowego poziomu, co znów uderzyło w rentowność North Coast. Do tego czasu walory firmy potaniały z około 60 zł do nieco ponad 3 zł. Sytuacja ustabilizowała się w 2013 r., wtedy też do akcjonariatu wkroczyło BPH TFI, uznając, że najgorsze spółka ma już za sobą. Niedługo potem pojawił się też inwestor branżowy Castelli, należący do brytyjskiego funduszu private equity — Charterhouse, który postanowił wykorzystać niską wycenę spółki i w drodze wezwania skupić 100 proc. akcji, a następnie wycofać ją z giełdy. Oferował 3,8 zł za papier. Najwięksi akcjonariusze, będący zarazem członkami zarządu, sprzedali swoje pakiety. Inwestorzy mniejszościowi — na czele z BPH TFI — uznali, że cena jest zbyt niska i zaledwie 8 proc. z nich na wezwanie odpowiedziało. Ostatecznie Włosi objęli 57 proc. kapitału, czyli około 67 proc. głosów na WZA, a to za mało, by ogłosić przymusowy wykup akcji. Transakcja ta wzbudziła wśród inwestorów mniejszościowych wiele wątpliwości, podobnie zresztą jak sama działalność North Coast i spółek zależnych. Dlatego też zażądali wprowadzenia do firmy rewidenta do spraw szczególnych, który miałby zbadać ekonomiczną zasadność zakupu Habitat lnvestments oraz rzetelność sposobu ustalania jej wartości. Ponadto BPH TFI chce, aby biegły rewident zbadał wpływ spółki na działalność prowadzoną przez Latterię Tinis oraz kwestię nacisku ze strony Nuova Castelli na decyzje North Coast. Zdaniem przedstawicieli BPH TFI, spółka może zwiększać moce produkcyjne i lepiej wykorzystywać odpady z produkcji serów. Według nich godziwa wycena to około 8-12 zł za papier. Na GPW akcje kosztują około 6 zł. [JAG]


