Z cienia wychodzą pod prąd

Bracia Jan i Szymon Wróblewscy zmieniają polską turystykę. Jak trzeba, to budują od zera kawałek miasta, taki z luksusem w tle. Nad Bałtykiem już nie mają sobie równych, a dopiero zaczynają się rozpędzać.

Ansambl w języku muzyki i opery oznacza utwór dla kilku śpiewaków solistów, zgodnie dzielących się wirtuozerią. Bracia Jan i Szymon Wróblewscy głos zabierają raczej rzadko, wolą, gdy mówią za nich biznesowe dokonania. A te są na tyle śmiałe, że snop światła niejako automatycznie kieruje się na właścicieli hotelarskiej firmy Zdrojowa Invest & Hotels.

Wyświetl galerię [1/9]

Fot. Marek Wiśniewski

Szymon usuwa się w cień, a głos zabiera młodszy Jan, zresztą miłośnik opery. W rozpoczętym właśnie akcie akcja toczy się wartko. Nikt tego głośno nie powie, ale Zdrojowa uczy się hotelowego rzemiosła z m.in. Radissonem, by na lokalnym rynku dać odpór mistrzom z Marriotta, Sheratona czy Hiltona. Szybko zmierza ku miliardowi złotych wartości swoich hotelowych włości i ponad tysiącowi pracowników. To ma być nie romantyczny biznesik, a sprawnie działający hotelowy przemysł.

— To nie jest tak, że każdy hotel ma być spełnieniem naszych życiowych marzeń, moim ulubionym. Co nie zmienia faktu, że mają swój unikalny, dobry styl. Ale i tak każdy pobyt w którymś z naszych obiektów okraszam krytyczną recenzją i dokumentacją fotograficzną. Zależy nam na tym, żeby ta maszyna chodziła perfekcyjnie zarówno dla naszych gości, jak i inwestorów — wykłada Jan Wróblewski.

Czempioni samokontroli

Na co dzień bracia Wróblewscy — Jan i starszy o dwa lata Szymon — w oficjalnych kontaktach są raczej małomówni. Szymon woli w spokoju realizować przyświecającą im zasadę „labora et labora”, inwestowania niemal każdego zarobionego miliona w grunty i budynki. Z czasem powstają dzięki temu wielkie projekty: najmłodszy i największy hotel — otwierany właśnie Radisson w Świnoujściu — to budowa nowego kawałka miasta (kompleks Batlic Park Molo) za 100 mln euro. A to dopiero początek. Bracia swoich planów nie piszą patykiem na piasku. Cyzelują każdy ruch, napędzani rodzinnym genem przedsiębiorczości, ale też pielęgnowaną samokontrolą.

— Taką mamy strategię, że wolimy zachować powściągliwość, niż rozdmuchiwać swoje ego, szafując tylko pięknymi renderami z komputera. Pilnujemy się, by nie wpaść w stan samozadowolenia, myślenia o sobie w kategorii mistrza świata. Chwalimy się, jak coś postawimy. Radisson otwiera się w lipcu, po sześciu latach prac. Zakładamy, że lepiej zarobić mniej, niż stracić wszystko serią megalomańskich decyzji — mówi Jan Wróblewski, nieco przewrotnie w kontekście skali projektów Zdrojowej, ale i nader dojrzale jak na ledwie 32-latka.

Floryda koło brzegu

Z perspektywy warszawiaka zakochanego w Mazurach brzmi to niedorzecznie, ale suche liczby pokazują, że Kołobrzeg pod względem ruchu turystycznego przebija… całe województwo warmińsko-mazurskie. Więcej — w powiecie kołobrzeskim co roku udziela się niemal tylu noclegów, co w Krakowie (wicelider za Warszawą).

Siedząc na ostatnim przeszklonym piętrze hotelu Marine, pod którego wejście niemal podchodzi piasek bałtyckiej plaży, można popuścić wodze fantazji, widząc w Kołobrzegu namiastkę Florydy, nafaszerowanej latem turystami do granic możliwości. Plaża, odrestaurowana i zabezpieczona za 100 mln zł, nowa infrastruktura, pokaźna baza lepszych i bardziej ekonomicznych miejsc noclegowych oraz bliskość Niemiec sprawiają, że to dzisiaj najgorętsze turystycznie miejsce w Polsce. Pod względem udzielanych noclegów bije Zakopane na głowę. I to tutaj narodziła się potęga Zdrojowej Invest.

— Kołobrzeg to nasze rodzinne miasto i zarazem wyjątkowy punkt na mapie. Można tu było postawić hotele blisko morza, jest i infrastruktura miasta, i dzikość przyrody. Na naszym powiecie dla większości Niemców kończy się polskie wybrzeże. Dzięki temu sezon trwa przez cały rok — tłumaczy Jan Wróblewski.

Gen babci

Familia Wróblewskich tętno Kołobrzegu czuje jak mało kto. Tu działa większość z 10 obiektów Grupy, która ma 1250 pokoi hotelowych i setki milionów złotych przychodów rocznie. Do Zdrojowej należy 30 proc. rynku hotelowego w mieście. Biznesowe początki rodziny sięgają jednak czasów głębokiej komuny.

Szlaki przecierały m.in. szwalnia i spora stołówka babci, powtarzającej, że lepiej z mądrym stracić, niż z głupim zarobić. W tej historii swoje miejsce ma też Jan Wróblewski senior, rozwijający wraz z siostrą palarnię i import kawy (marka Sido i produkcja m.in. dla Biedronki) i prowadzący niewielki trzygwiazdkowy hotel Jantar SPA. Teraz ten obiekt należy już do Zdrojowej Invest, a tata angażuje się w rozwój całej hotelarskiej grupy.

— Mogę opowiedzieć historię powstania naszej firmy, którą już parę razy w mediach opisywano. Ale może zamiast się powtarzać, porozmawialibyśmy o sprawach strategicznych i problemach, jakie stoją przed Zdrojową i całą branżą? — proponuje naraz Jan Wróblewski. Bo temat jest gorętszy niż piasek na pobliskiej wydmie.

— Na znacznej części naszego rynku zapanowała megalomania i owczy pęd, pompujące bańkę w segmencie condohoteli. A to grozi dość drastycznym scenariuszem — mówi i pokazuje cyfry, ukryte w głębokim rowie między wymuskanymi reklamami condohoteli w kolorowych magazynach a corocznymi niepewnymi zyskami z inwestowania w nie. Teza o bańce brzmi to o tyle kontrowersyjnie, że przecież Zdrojowa Invest wyrosła właśnie na inwestycyjnym pędzie na condohotele.

Herbert w Excelu

— Zna pan pewnie bon mot Zbigniewa Herberta o tym, co pływa z prądem. My od jakiegoś czasu idziemy pod prąd rynku, wzmacniamy mięśnie. Szanuję naszych współinwestorów, pomogli nam odnieść sukces, ale już nie stawiamy tak mocno na rynek condohoteli. Dobrze wszystko policzyłem i wychodzi na to, że bardziej opłaca się budować hotele za własne pieniądze plus kredyt. I tylko w topowych lokalizacjach. Oczywiście, żeby dostać wsparcie od banku, trzeba mieć i własny kapitał, i dobrą historię biznesową — mówi Jan Wróblewski.

Na pozór condohotele to wciąż buzujący i dający świetne stopy zwrotu rynek, rosnący rok do roku o nawet miliard złotych. Osiem a nawet więcej procent zysku rocznie obiecują więksi i mniejsi inwestorzy. Byle zacząć budowę, postawić pokoje i ruszyć z wynajmem. Taka inwestycja wydaje się na papierze całkiem ciekawa: zabezpieczenia notarialne są na tyle mocne, że w razie bankructwa inicjatora projektu mieszkania pozostają własnością inwestorów.

Co jednak wtedy, gdy budynek nie powstanie lub piękne obrazki „w pierwszej linii od plaży” okażą się wyimaginowanym landszaftem, w realiach rynku wtórnego niewartym funta kłaków, bo i niedoświadczony operator nie dostarczy tam obiecanych profitów? Takim, który potem znajdzie się pod hashtagiem „inwestycjewidma” na twitterowym profilu Jana Wróblewskiego.

— Polacy zbyt często ulegają w biznesie emocjom. A tu musi być więcej Excela. Gdy patrzę na niektóre inwestycje typu condo w Polsce, ich lokalizacje i oprocentowanie, to łapię się za głowę. To nie ma szans obronić się ekonomicznie. Dlatego z bratem zdecydowaliśmy, że nie bierzemy udziału w tym wyścigu na procenty. Dajemy premium lokalizacje, ale i niższe oprocentowanie, dające inwestorom bezpieczeństwo — mówi kołobrzeżanin, na co dzień mieszkający w Warszawie.

Prorok strażakiem

Mimo młodego jak na multimilionera wieku Jan Wróblewski na rynku condo ma już ponad 10-letnie doświadczenie. W tym czasie Zdrojowa Invest nie zaliczyła wpadki, wychodziła z turbulencji obronną ręką.

Według danych rynkowych, przy kolejnych inwestycjach wraca do niej co trzeci klient. Renoma decyduje o tym, że Zdrojowa może oferować niższe oprocentowanie, a i tak sprzedawać inwestycje na pniu, jak np. Baltic Park Fort w Świnoujściu. A jak jest dobra okazja, to obrotni bracia biorą na barki upadłe projekty — kołobrzeski hotel Diune powstał po przejęciu budynków od lidera przedsięwzięcia, którego hurraoptymizm pokonały ekonomiczne realia. Zdrojowaugasiła pożar — był to bowiem czas, gdy dziesiątki inwestorów w niedokończony hotel drżały o jego przyszłość.

— Patrzę na historię turystyki w Niemczech czy we Włoszech i nie wierzę w nieskończony rozwój miejscowości turystycznych w Polsce. Niektóre, jak Kołobrzeg, są bliskie granicy wyporności, inne — np. Zakopane — to już nasycony rynek, ryzykowny na wejście z nowym hotelem. Kryzysów na rynku condohoteli na świecie było już kilka. W USA na przykład konwertowano condohotele na biura i mieszkania — tłumaczy Jan Wróblewski.

I znów zaczyna dłuższą opowieść o tym, jak niektórzy inwestorzy budują swoje perełki w chaszczach pół kilometra od plaży, w miejscowościach, których nazwy nawet lokalnie niewiele mówią, i do tego oferują zyski lepsze niż na akcjach CD Projektu. I choć nie chce być złym prorokiem, wieszczy falę bolesnych bankructw, które będą zarazem lekcją ekonomii i szpilą przekłuwającą bańkę. Ten scenariusz — jeśli się wydarzy — nie będzie jednak udziałem Zdrojowej. Bracia Wróblewscy wzmacniają mięśnie, płynąc, m.in. na świnoujskie wyspy.

Byle nie w ferrari

Z kawiarni hotelu Marine widać nie tylko plażę, ale też sąsiednią działkę, upstrzoną wątłymi domkami letniskowymi. To chyba już ostatnie miejsce w mieście, gdzie pewnego dnia będzie można postawić hotel w lokalizacji premium. Sam Marine stoi na terenie dawnego zakładowego ośrodka wypoczynkowego, który kilkanaście lat temu na wakacje wydzierżawiali bracia.

— Zarabialiśmy w trzy miesiące na cały rok, wychodziła pensja jak w korporacji na świetnym stanowisku. Tyle że po każdym sezonie zmieniałem dzwonek telefonu, bo na jego dźwięk już w końcówce sierpnia dostawałem drgawek. Co roku przez te kilka miesięcy byłem chłopcem na posyłki, recepcjonistą, call center i dyrektorem ośrodka w jednym — śmieje się współtwórca Zdrojowej Invest.

Publiczność zna historię mieszkania na Mokotowie, które jako świeżo upieczeni studenci warszawskiej SGH dostali od rodziców i spieniężyli na nieruchomościowej górce. I jak obracając lokalami w Warszawie, doszli do śmiałego planu postawienia condohotelu przy ul. Zdrojowej w Kołobrzegu. W 2006 r. wspólnik wnosił grunt, oni projekt i biznesplan, ojciec dawał nienaganną historię dla banków. Po pierwszym sukcesie nie było pierwszego w życiu ferrari, patka na przegubie i szturmu na towarzyską warszawkę. Konsumpcję bracia do dziś trzymają w ryzach, uznając, że więcej frajdy daje rozwijanie i inwestowanie.

Scena dla emocji

Nie da się jednak zaszufladkować braci Wróblewskich jako robotów od Excela. Jan, rozprawiając o sztuce, emocjonuje się nie mniej, niż gdy rozwikłuje istotę nieruchomościowej bańki. Twitterowe konto regularnie zasila zdjęciami aksamitnych kurtyn z różnych zakątków świata. W Polsce wysoko ceni duet Mariusz Treliński/Boris Kudlička. Salzburg, Londyn, Mediolan kojarzą mu się z czymś więcej niż tylko z biznesem i turystyką.

— Fascynacja operą zaczęła się od muzyki klasycznej, koncertów chopinowskich. Opera to „coś więcej”, integracja wszystkich najważniejszych perspektyw w sztuce. Mimo często trywialnych fabuł to opera jest dla mnie najwyższą formą kultury, łączącą stronę wizualną, choreografię, śpiew, muzykę z atmosferą wyjątkowej architektury i miejsca — podkreśla Jan Wróblewski.

Także marszandzi znają już jego gusta, rozwijane jeszcze od studenckich czasów i zakupów na targowiskach sztuki. Olbiński, Młodożeniec, Starowieyski, ale też meble, zabytkowa broń, rzeźba.

— W tej sferze działam całkowicie emocjonalnie, nie kalkuluję zakupów w kategorii inwestycji, nigdy nic nie sprzedałem ze swojej kolekcji — mówi Jan Wróblewski. Zdradza, że nawet ma w swoich zbiorach obraz… Kossaka. Tyle że zamiast banalnych koni znalazł płótno z motywem jelenia. Tak trochę pod prąd.

Kurtyna w piachu

Dla Zdrojowej potwierdzeniem, że pod prąd znaczy lepiej, szybciej, wyżej, ma być Świnoujście. Z największym hotelem na polskim wybrzeżu, parkiem wodnym, innymi bajerami, towarzyszącymi budynkami, boiskami, restauracjami, ogrodami i najdłuższym molo między Odrą a Bugiem Wróblewscy atakują paneuropejskiego klienta. Tworzą całoroczną atrakcję turystyczną, jakich w Polsce jest ledwie kilka. Natura i makroekonomia zdają się im sprzyjać: Świnoujście ma jedyną w Polsce plażę, której Bałtyk co roku dosypuje tysiące ton piachu.

Setkami milionów euro sypnęła też Unia Europejska, dofinansowując ruszającą właśnie budowę tunelu łączącego wyspy Uznam i Wolin. Ma to rozwiązać komunikacyjny problem wyspiarskiego miasta. Jan i Szymon już widzą Świnoujście w wersji 2.0, nieustępujące Kołobrzegowi. Tajemnicą poliszynela jest, że w banku ziemi trzymają kolejne hektary od gór do morza. Ale to północno-zachodni kraniec Polski będzie dla nich najważniejszy przez najbliższe lata. Gdzieś około 2022 r. usłyszymy w całej okazałości świnoujski ansambl obrotnego duetu. Zapadnie kurtyna, potem rozlegną się oklaski publiki. A bracia? Będą zajęci labora et labora.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Z cienia wychodzą pod prąd