Z patentem na miliardy

Jedliński Karol
opublikowano: 2012-03-30 00:00

Tomasz Tuora, prezes PZ Cormay, wierzy, że skokowe wzrosty w jego firmie to dopiero początek. W 2013 r. chce zaszokować świat. I na tym szoku zarobić morze gotówki.

— To ja się wycofuję z tej publikacji. Tekst miał być lifestyle’owy, a pan zaczyna wydzwaniać po współpracujących ze mną naukowcach. Jesteśmy jedną drużyną, oni panu nic nie powiedzą. O nich ma być cicho, jak najciszej. To sprawa najwyższej wagi — tak Tomasz Tuora, prezes i ojciec sukcesu giełdowego PZ Cormay, zareagował na wieść, że w „PB Weekend” mogą się znaleźć wypowiedzi jego współpracowników. Bo porozmawiać możemy o wszystkim: rodzinie, pasjach, porażkach, ambicjach, a nawet o polityce. Ale są dwa tematy tabu: o drugim będzie mowa później, pierwszy i najbardziej drażliwy to właśnie zespół naukowców pracujących nad analizatorem biochemicznym budowanym przez Cormay. Maszyneria ma z kropli krwi pobieranej z palca w ledwie kilka minut prześwietlić stan zdrowia pacjenta.

— To będzie przełom. Jeśli to się uda, firma będzie warta miliardy. Dolarów — nie ukrywa rzutki 36-latek.

Delta Force czuwa

Prezes nie prosi, lecz żąda, by się od naukowców łaskawie odczepić. A więc jeszcze tylko kilka zdań o samym wynalazku, bez personaliów wynalazców. Analizator ma być przełomem w branży, jego cena nie przekroczy 20 tys. zł. Wizja niedalekiej przyszłości jest zuchwała — urządzenie ma stać w dziesiątkach tysięcy gabinetów lekarskich na świecie. Serce wynalazku to patent polskich fizyków i chemików, opierający się na wykorzystywaniu w praktyce trudnych słów: „mikroprzepływy cieczy” i „nanotechnologia”. A w ogóle to cicho, sza. Tu dla Tomasza Tuory kończą się żarty i zaczyna biznes. Szansa, której nie chce wypuścić z rąk. I o którą będzie walczył do ostatniej kropli krwi. Wstępna faza przygotowania analizatora pochłonie 20 mln zł. W 2013 r. urządzenie ma już być w szerokiej sprzedaży. A skoro ma dać miliardy zysku, to jest na celowniku gigantów technologii medycznych, szpiegów gospodarczych, zamożnych plagiatorów i zachłannych inwestorów. Serio. Naukowcy ucinają wszelkie próby kontaktu ze strony dziennikarzy, sam prezes chyba najchętniej zamknąłby ich gdzieś pod ziemią i wystawił batalion żołnierzy Delta Force do pilnowania pancernych drzwi. Tu nie ma półśrodków. Tu jest wojna o przewrót w diagnostyce i Tomasz Tuora, wielbiciel literatury o wielkich bitwach i strategiach wojennych, jest świadomy, że chwilami stoi na czele grupy dzielnych Spartan. A za przeciwników ma ociekające pieniędzmi korporacje z całego świata.

— Najlepsze jest przed nami. Gramy na tyle, na ile przeciwnik pozwala, zgłaszamy jak najwięcej patentów. Obecne urządzenia są w stanie wykonać maksymalnie kilka testów, nasze będzie mogło zrobić co najmniej 80 testów w kilka minut — emocjonuje się Tomasz Tuora.

Sam patent to rysunek i dwa zdania opisu, z czego pierwsze liczy ponad 120 słów. Jak to leciało? Tłumacz Google twierdzi, że jakoś tak: „Wynalazek dotyczy systemu do zasilania mikroprzepływem podsystemu z cieczy, składającego się z zaworu….” i tak dalej, czarna magia z widokiem na zieleń banknotów.

Spinacz blednie

Powiedzmy sobie szczerze, tzw. ulica, a także część środowisk biznesowych i naukowych po prostu nie wierzą lub nie chcą wierzyć, że to Tomasz Tuora miałby być tym, który wyprowadzi w szeroki świat największy polski wynalazek od kilku dekad. Inne polskie pomysły — spinacz do papieru, wycieraczki samochodowe, a nawet lampa naftowa Łukasiewicza to przy tym „małe miki”.

— Sam jestem w szoku. Szczególnie, że to tak gładko idzie. Są jakieś problemy, ale rozwiązania nadchodzą zaskakująco szybko. Przy czym: Polak potrafi, przecież to nasi krajanie zbudowali kryształy użyte w technologii blu-ray — przekonuje Tomasz Tuora i w jego głosie nie słychać niepewności, lecz ekscytację tym, że sukces jest na wyciągnięcie ręki. Wielu jednak nie mieści się w głowie, że facet, który ma komercyjnie wyciskać wynalazek spakowany w urządzenie wielkości małej drukarki, wciąż pływa na powierzchni. Przecież dawno miało go nie być.

— Wchodziłem w tę spółkę po 2,30 zł za akcję, gdy w 2009 r. Cormay potrzebował pieniędzy na przejęcie firmy Orphee w Szwajcarii. Nikt nie chciał w to wejść. Dziś, po serii sukcesów, Cormay jest wyceniany na około 13 zł za papier — podkreśla Konrad Łapiński, zarządzający Total FIZ, kontrolującym niemal 23 proc. akcji spółki. Był czas, gdy po debiucie i początkowej bessie w notowaniach papiery spółki zjechały poniżej 80 gr za sztukę. Oznacza to, że Cormay, produkujący odczynniki i dystrybuujący sprzęt medyczny, wyceniany był na ledwie 23 mln zł. Dziś to już 400 mln zł, a bywało, że kapitalizacja firmy dobijała do 0,5 mld zł. W zeszłym roku PZ Cormay zarobił na czysto 14 mln zł, rok wcześniej 6 mln zł. W tym roku może być nawet i 30 mln zł na plusie. A pomyśleć, że w czasach przedgiełdowych Cormay przez kilka lat z rzędu stał na krawędzi bankructwa. Jeśli wykazywał zysk, to na pewno nie siedmiocyfrowy. Dlaczego nie spadł w otchłań gospodarczego niebytu? Bo jeden uparty gość miał inne plany.

Ambitni z Miami

— Już w 2001 r. widziałem, że jest miejsce na rynku, by wykreować Cormay na dużą firmę. Były to jednak czasy, gdy nazwa Cormay miała złe konotacje. Stwierdziłem, że najpierw pokażemy, że potrafimy coś zrobić, a dopiero potem poszukam inwestorów — wyjaśnia prezes spółki.

Wizerunkowa skaza sięga przełomu wieków, gdy obok PZ Cormay istniała niezależna kapitałowo spółka Cormay Poland. Zarówno z pierwszą, jak i z drugą kojarzony był Tadeusz Tuora, ojciec Tomasza. Hurtownia leków Cormay Poland popadła w tarapaty podczas kryzysu rosyjskiego i zamiast wejść na giełdę — zbankrutowała. W tym czasie Tomasz Tuora zajmował się czym innym — pracował m.in. we Frankfurcie w koncernie farmaceutycznym Merz. Absolwentowi studiów ekonomicznych na UW przyszło się zmierzyć z korporacyjnym porządkiem po niemiecku. Wytrzymał pół roku.

— Zobaczyłem tam od środka, jak prowadzi się dobry jakościowo biznes. Byłem analitykiem finansowym. Przy czym tamtejsi menedżerowie byli wiecznie spięci, panowała przyciężka atmosfera. Wszystko musiało być „correct” aż do bólu — wspomina Tomasz Tuora. Późniejsze studia biznesowe na Uniwersytecie Miami to już inna bajka. To wtedy właśnie hartował się w nim dzisiejszy odważny, ale i rozważny przedsiębiorca, myślący globalnie, bez kompleksów. Pewny swego, a jednocześnie pazerny na sukces w dobrym tego słowa znaczeniu.

— Zdolnym dzieciom daje się edukację, a nie pieniądze. Dlatego napierałem, by Tomek pojechał do Stanów. Niegdyś mnie samemu staż w Massachusetts zmienił obraz świata, dał perspektywę spoza grajdołka w Polsce. Nabrałem wiary w siebie — uważa Tadeusz Tuora.

Gaszenie ziemniaka

Powrót z Florydy brutalnie wybudził Tomasza Tuorę z „american dream”. Twarde lądowanie w Polsce wypadło podczas kulminacji kłopotów Cormay Poland. Zaczął pracować w Przedsiębiorstwie Zagranicznym Cormay, produkującym m.in. odczynniki laboratoryjne w Lublinie. Zastanawiacie się Państwo, skąd się wziął PZ Cormay? Do końca nie wiadomo, to też chyba trochę temat tabu. Tomasz odsyła po szczegóły do Tadeusza, ten zaś wymijająco odpowiada, że nie pamięta, bo to stare dzieje. Wiadomo tyle, że wśród udziałowców przewinęło się kilka instytucji finansowych, a założyciele rekrutowali się zarówno ze wschodu, jak i z zachodu Europy. W 2005 r., gdy spółkę przejmował Tomasz Tuora, sprzedający traktowali ją niczym gorący kartofel. Jej zadłużenie i rosnąca konkurencja powodowały, że akcjonariusze nie widzieli dla niej przyszłości.

— Ja z kolei coś musiałem w życiu robić. Wbrew pozorom to był biznes na biegu, zadłużony, ale dający przychody po 10 mln zł rocznie. Przejąłem spółkę za niewielkie pieniądze, po czym przez lata ją restrukturyzowałem i spłacałem stare długi — tłumaczy Tomasz Tuora.

No i odbierał kolejne lekcje, procentujące do dziś. — Dobrze rozumie mechanizmy rządzące biznesem. Jeśli tnie koszty, to tak, by nie ograniczać rozwoju. Rodzinne przejścia spowodowały, że jest bardzo uważny w pilnowaniu płynności firmy i jak ognia unika dużych kredytów — ocenia Konrad Łapiński.

Cel był jasny — sprawić, by słowo Cormay nie było synonimem porażki. Ściął zatrudnienie, obejrzał każdą wydawaną złotówkę. No i przez lata bezskutecznie odbijał się od drzwi, próbując znaleźć inwestora. Sześć liter nazwy spółki było jak garb. Do czasu.

Szał w Genewie

— Kopa dała nam dopiero giełda, choć gdy w 2008 r. zrobiliśmy roadshow dla inwestorów, kupowali tylko drobni inwestorzy prywatni. A ja uparcie powtarzałem, że da się z Cormaya zrobić minikoncern działający globalnie, jeśli spółka dostanie pieniądze na konsolidację podobnych do niej firm z całego świata — wspomina Tomasz Tuora.

Pierwsza odsiecz przybyła z dawnej macierzy Tuorów, czyli ze Szwajcarii. Tamtejszy bankier patrzył tylko na cyferki. Uwierzył. Potem spółka znów poszła za ciosem — wsparta inwestycją Total FIZ niemal za bezcen kupiła tonącą w kłopotach spółkę Orphee z siedzibą w Genewie. Szwajcarzy robili wielkie oczy — jak to, Polacy na zakupach w Europie?

Ano tak — dziś Orphee to bardzo rentowny podmiot z ambitnymi planami. Wkrótce ma być holdingiem skupiającym kilka pozostałych spółek kontrolowanych przez Cormay (m.in. z Irlandii, USA). A za kilka miesięcy Orphee trafi na GPW, gdzie planuje pozyskać od inwestorów nawet 150 mln zł na kolejne przejęcia i rozwijanie sieci sprzedaży odczynników i aparatury medycznej. — Chcemy podpierać się zachodnioeuropejską marką, bo takie produkty sprzedają się lepiej i z wyższą marżą. Adres nad Jeziorem Genewskim jak najbardziej nam odpowiada — kwituje prezes PZ Cormay. Już teraz Polacy to mniejszość wśród pracowników spółki.

Ojciec geniusza

Szwajcarski sukces to, zdaniem Tadeusza Tuory, dowód na tzw. pamięć genów. Korzenie rodu tkwią w Szwajcarii, skąd ponad 250 lat temu zubożali Helweci przyjechali do prosperującej Rzeczypospolitej. W rodzinie byli i kucharze, i lekarze, i księża, niektórzy z tragiczną, np. katyńską, kartą. Ale byli też ludzie z biznesową żyłką, tacy jak dyrektor zakładów Norblina. Tomasz Tuora, którego ojciec początkowo był wziętym naukowcem, wychował się na warszawskim Zaciszu. I już w młodości przejawiał biznesowe zdolności. Jak wtedy, gdy rodzice kilkulatka dostali pilne wezwanie na dywanik do dyrektora szkoły.

— Państwa syn rozkręcił wśród uczniów handel! — padło oskarżenie. Obrotny Tomek wymieniał owoce i cukierki na resoraki tak skutecznie, że zebrał całą flotę samochodzików. W końcu to on ustalał warunki barteru. W liceum przyszły prezes PZ Cormay brał się za bary z mocniejszymi rywalami — próbował sił na giełdzie, potem na studiach skupował akcje pracownicze Petrochemii Płock. A później raz windą do góry (studia w Stanach), raz mozolna wspinaczka (reanimacja PZ Cormay).

— Dziś on jest genialny. Powtarzam — genialny. I niech mnie pan dokładnie zacytuje — nalega Tadeusz Tuora.

20 lat obżarstwa

Rynek podchodzi do prezesa nieco chłodniej — Tomasz Tuora jest dobrym, a nawet bardzo dobrym biznesmenem. Inwestycja w jego spółkę przyniosła niejednemu krocie. Lepszego kąska na giełdzie nie było od lat. Ale genialny to będzie dopiero, gdy zaleje gabinety lekarskie przenośnym analizatorem krwi. Obecnie diagnostyka to ledwie 3 proc. wartości rynku medycznego, jednak i tak w 2015 r. te kilka procent ma być warte 50 mld dolarów. Cormay, tworząc nowy segment na rynku, będzie zaciekle atakował kawałek z tego ociekającego złotem tortu.

— Największy wzrost wydatków na diagnostykę notuje się w Chinach, Europie Wschodniej i Ameryce Południowej. Pojawiają się nowe nisze, spowodowane m.in. tym, że ludzie stają się lekomanami. Dlatego produkujemy już testy np. na poziom aspiryny we krwi — tłumaczy Tomasz Tuora.

Pytany o pasje, dopiero po dłuższej chwili wymienia historię wielkich bitew. Na kolekcje, cygara lub drogie samochody ma jeszcze czas. Teraz jest biznes.

— Trzeba mieć refleks, przecież patent wygasa już po 20 latach. Przez ten czas musimy go wycisnąć do ostatniej kropli — przekonuje główny zainteresowany. No i przejmować kolejne perełki poza granicami Polski. A perełka to taka firma, która po akwizycji udowodni, że 2+2 to 5. Co najmniej.

Możesz zainteresować się również: