Komunikat Komisji Europejskiej o utworzeniu złożonego z urzędników i ekspertów zespołu, który będzie zajmował się pomocą dla Ukrainy w „długofalowym stabilizowaniu jej sytuacji finansowej, gospodarczej i politycznej” — jest standardem dla eurokracji, natomiast abstrakcją dla strony ukraińskiej. Idea pchnięcia do przodu reform, pobudzających na Ukrainie wzrost gospodarczy i umożliwiających czerpanie korzyści z umowy stowarzyszeniowej — jest równie szczytna, co mglista.

Niewątpliwym konkretem jest obietnica unijnej pomocy finansowej do limitu 11 mld EUR. Przy czym w tym półroczu może ona sięgnąć tylko do 850 mln EUR. Bardzo odłożone w czasie będą także efekty otwarcia unijnych rynków na eksport z Ukrainy.
Tymczasem po drugiej stronie frontu niedźwiedź otwiera swoją energetyczną paszczę na pochłonięcie krnąbrnej Ukrainy. Na razie prezydent Władimir Putin i premier Dmitrij Miedwiediew zabawili się w dobrego i złego policjanta — szef polecił podwładnemu wstrzymanie się jeszcze z przejściem na przedpłaty w handlu gazem z Ukrainą „do czasu przeprowadzenia dodatkowych konsultacji z Kijowem”.
Przypomnijmy, że cena została przez Gazprom nagle podwyższona z 268,5 do 385,5 USD, a dług ukraińskiego Naftohazu wynosi ponad 2,2 mld USD. W najbliższym czasie Ukraina powinna wydać, dla utrzymania rosyjskich dostaw oraz tranzytu, od 4 do 5 mld USD, których nie ma i mieć nie będzie. Zestawienie tych kwot ze skalą pomocy unijnej jest szokujące.
Najbardziej kuriozalna jest okoliczność, że cofnięta przez Rosję zniżka cenowa była elementem umowy o stacjonowaniu rosyjskiej Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu. Po zagarnięciu Krymu okazała się ona z punktu widzenia Rosji bezprzedmiotowa i została wypowiedziana. Zgodnie z agresywną logiką Kremla, zniknęła także traktatowa podstawa ulgi…