Stoczniowcy, górnicy i hutnicy wymuszają działania restrukturyzacyjne. A rząd, o dziwo, szybko bierze za to odpowiedzialność.
Programów restrukturyzacji rząd przygotował wiele — dla górnictwa, hutnictwa, energetyki, chemii. Cóż z tego, skoro dotychczas tak naprawdę nie rozpoczęto realizacji żadnego z nich. No, może z jednym wyjątkiem. Pod naciskiem górniczych protestów Jacek Piechota, wiceminister gospodarki i pracy, wykazuje sporą determinację w realizacji rządowego programu dla branży węglowej.
Inaczej jest z hutnictwem. Rząd SLD-UP zrozumiał, że może nie zdążyć z wprowadzeniem w życie uzgodnionych z Unią zasad restrukturyzacji Polskich Hut Stali (PHS). Efekt przeciągania rozmów z potencjalnym inwestorem, koncernem LNM, jest taki, że teraz, w ciągu zaledwie dwu i pół miesiąca, PHS musi przejść biurokratyczne procedury, by wykorzystać 2,9 mld zł pomocy publicznej. Bez działań oddłużeniowych czy rządowych gwarancji może się okazać, że nie będzie czego prywatyzować. Czy rząd zdąży? Zobaczymy wkrótce.
Spektakularne są natomiast działania rządu dotyczące firm prywatnych, które przeżywają problemy. Niezłe efekty, choć przy gigantycznej pomocy państwa, przyniosło reanimowanie produkcji stoczniowej w Szczecinie. Trudniej natomiast przebiega — i to mimo nacjonalizacji personalnej — uzdrawianie Stoczni Gdynia. Mimo wielu miesięcy rozmów nie widać też znaczących możliwości rozwiązania kłopotów ożarowskiej fabryki kabli. Jest natomiast szansa — po latach analizowania i negocjowania różnych pomysłów naprawczych — na uzdrowienie fabryki samochodów z warszawskiego Żerania.
Wiele wskazuje jednak na to, że w obawie przed protestami rząd zbyt chętnie zdejmuje odpowiedzialność za sytuację i dalsze losy firm z ich właścicieli, wierzycieli czy związkowców. Tymczasem urzędnicy nie znają się na zarządzaniu firmami, a restrukturyzacja kosztuje i trudno ją przeprowadzić przy pustym budżecie.