Związkowcy domagają się nie tylko podwyżek, ale także odwołania zarządu. Prezes nie zamierza im ulegać.
Zaostrza się sytuacja w kopalni węgla kamiennego Budryk w Ornontowicach, samodzielnej spółce skarbu. Związkowcy rozwieszają banery zapowiadające pogotowie strajkowe. W ubiegłym tygodniu załoga kopalni opowiedziała się w referendum za przeprowadzeniem strajku.
— Jeśli nie dojdzie do porozumienia z zarządem, rozpoczniemy strajk — mówi Andrzej Powała, szef Solidarności Budryka.
Nastąpiła też eskalacja żądań związkowców.
— Domagamy się nie tylko podwyżek, ale także odwołania zarządu — dodaje Andrzej Powała.
Piotr Czajkowski, prezes kopalni, stawia sprawę jasno.
— Otrzymaliśmy pismo, z którego wynika, że związkowcy domagają się odwołania zarządu, ponieważ działał on na szkodę spółki w latach 2004-2005. Jednocześnie chcą podwyżek, bo kopalnia ma dobre wyniki finansowe. To sprzeczne oczekiwania — mówi Piotr Czajkowski.
W lipcu 2005 r. pracownicy kopalni otrzymali 3,6 tys. zł netto nagrody z zysku za 2004 r. Ale to nie zadowala związkowców. Domagają się podniesienia pensji, podwyżek tzw. dojazdówki o 50 zł (obecnie kopalnia płaci za dojazdy do pracy 250 zł miesięcznie bez względu na miejsce zamieszkania). Żądają bonów towarowych wartości 3 tys. zł oraz dodatkowych talonów węglowych. Zarząd wyliczył, że spełnienie tych żądań może kosztować kopalnię ponad 20 mln zł.
— 24 października spotkaliśmy się z przedstawicielami związków zawodowych i przedstawiłem im wyniki finansowe spółki po trzech kwartałach. Są one prawie o połowę gorsze od planowanych, ponieważ spadł popyt i ceny węgla — wyjaśnia prezes Czajkowski.
Zysk netto Budryka na koniec września wyniósł 3,6 mln zł, wobec planowanych 7,1 mln zł. Zarząd zaproponował, że może podwyższyć wynagrodzenie pracownikom kopalni o 3 proc. od 1 grudnia. Propozycja nie znalazła uznania związkowców.