Zaledwie olimpijski wypełniacz

Janusz Lewandowski
opublikowano: 2008-08-22 00:00

Kończącą się olimpiadę obserwuję z pozycji niespełnionego sportowca, wspomagającego sopocki klub lekkoatletyczny, który w Pekinie ma czterech reprezentantów. Niestety, akurat w tej dyscyplinie biali chodzą, biegają zaś kolorowi. Czyli dyskryminacja rasowa `au rebours.

Jasne jest — po Euro 2008 i po Pekinie — że na sporcie Polska dumy narodowej nie zbuduje. Tymczasem inni współtworzą fabryki medali. Nie tylko w Chinach idących szlakiem NRD i ZSRR. Na arenę systemowo wspomaganego wyczynu wraca Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Japonia, Hiszpania i mniej udanie Francja, dołączając do Rosji i Korei Południowej. My miewamy gwiazdy pozasystemowe, takie jak Adam Małysz czy Robert Kubica. System nie istnieje bez szerokiej, młodzieżowej bazy, która nie interesuje komercyjnych sponsorów. Czyli bez publicznych pieniędzy motywujących nauczyciela wf., który jest pierwszym selekcjonerem i trenerem — o ile ma opłacane nadgodziny. To podstawa piramidy. Na jej szczycie liczą się ostro zarysowane i sowicie wynagradzane cele, rozrywane przez typowe dla polskiego sportu układy i układziki. Rozdęta ekipa w Pekinie jest nimi nasycona, co sprawia, że gramy role tzw. olimpijskiego wypełniacza — ktoś musi odpadać w eliminacjach i zajmować miejsca w drugiej dziesiątce. Korol, Blanik, Kołecki i miotacze są wyjątkami, potwierdzającymi smutną regułę.

Dlaczego bogaty Zachód wraca na arenę wyczynu? Nie tylko dla prestiżu — sport stał się fragmentem przemysłu kultury, który tworzy więcej miejsc pracy niż rolnictwo, wydobycie węgla i wytop stali.

Janusz Lewandowski