W poniedziałek może popłynąć prąd z Ukrainy, która mimo niezwykle trudnej sytuacji ma znaleźć i sprzedać nam około 200 MW. Byłby to kontrakt poza normalnym rynkiem, w ramach nadzwyczajnej pomocy międzyoperatorskiej, na polityczne polecenie premiera Arsenija Jaceniuka.

Niespodziewany dołek energetyczny natychmiast odkurzył temat połączeń transgranicznych. Takowe istnieją, ale Polska na pewno ma ich za mało. W tych trudnych dniach nie została wykorzystana oddana w 2000 r. stałoprądowa linia po dnie Bałtyku, łącząca systemy Polski i Szwecji, o napięciu 450 kV i mocy przesyłowej 600 MW. Nie mógłby zostać wykorzystany most między Polską a Litwą, ponieważ właśnie trwa jego przygotowywana przez długie lata budowa. Ta 111-kilometrowa, dwutorowa linia 400 kV połączy Ełk z litewskim Alytusem (Olitą).
Przy okazji zapowiedzi dostaw z Ukrainy wyciągnięty został z lamusa wątek bardzo wstydliwy. Otóż już 22 lata, czyli przez większość okresu III Rzeczypospolitej, stoi niewykorzystywana i niszczeje najpotężniejsza w Polsce linia o napięciu aż 750 kV, łącząca ukraińską elektrownię atomową Chmielnicka z Rzeszowem. Była to sztandarowa inwestycja z epoki Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, spinająca ZSRR przez Polskę z Czechosłowacją i Węgrami. Ukończona została w 1985 r., ale jej eksploatację zakończono w 1993 r., po upadku systemu oraz wybiciu się Ukrainy na niepodległość. Od kilku lat trwają prace studialne nad odbudową strategicznego połączenia o teoretycznej mocy przesyłowej aż 1300 MW. Szacunkowy koszt inwestycji wyniesie blisko 1 mld zł, z czego dwie trzecie to wydatki na konieczną wstawkę stałoprądową.
Odbudowa linii znalazła się w dwóch ważnych dokumentach rządowych. Rząd Kazimierza Marcinkiewicza w 2006 r. uwzględnił ją w programie dla energetyki, a w 2009 r. to samo zrobił rząd Donalda Tuska w planie polityki energetycznej kraju do 2030 r. To znak, że wobec tego ambitnego projektu istnieje ponadpartyjna zgoda i jego obiektywna potrzeba, ale konkrety idą od 2011 r. jak po grudzie.
Obiektywnie trzeba przyznać, że więcej problemów znajduje się po stronie ukraińskiej. Sytuacja oczywiście radykalnie zmieniła się na niekorzyść po dramatycznej zmianie władzy w Kijowie oraz wybuchu wojny w Donbasie. Głównie dlatego, że wcześniej w energetyce ukraińskiej bardzo silnie były zaangażowane firmy rosyjskie. To Rosatom miał za swoje pieniądze modernizować elektrownię jądrową Chmielnicka, licząc na późniejsze zyski ze sprzedaży energii, m.in. do Polski. Firma planowała także wejście własnościowe w linie przesyłowe, prowadząc politykę analogiczną do prób innych rosyjskich koncernów zawłaszczania na terenie UE ropociągów i gazociągów. Obecnie wszystkie koncepcje wynegocjowane do 2013 r. stały się nieaktualne. Wypada tylko wyrazić nadzieję, że gdy kiedyś klimat dla modernizacji/odbudowy linii 750 kV się poprawi — jeszcze będzie z niej co zbierać…