„Zbankrutować na rosyjskiej wódce to…”

Zachodnie agencje w ironicznym tonie komentują spektakularny upadek CEDC, działającego w Polsce i Rosji największego producenta wódki na świecie.

Zgryźliwej krytyki nie szczędzi agencja Bloomberg Williamowi Carey’owi, współzałożycielowi CEDC. W poniedziałkowym handlu na GPW notowania spółki tracą prawie 22 proc., a rentowności obligacji zapadających w 2016 r. zbliżają się do 18 proc., po tym jak spółka złożyła w amerykańskim sądzie wniosek o ochronę przed wierzycielami.

- Zbankrutować mimo posiadania dominującej pozycji w sprzedaży wódki w Rosji i Polsce to nie lada zadanie. O krok od tego osiągnięcia jest William Carey, były gracz golfa z Florydy – napisała w reportażu opublikowanym przez Bloomberga reporterka agencji Beth Jinks.

Jak zauważa, niespodziewane kłopoty spółki to lekcja, jak ważne w prowadzeniu biznesu są wyczucie właściwego momentu i znajomość lokalnych realiów. Zgubne dla wycenianej w szczycie świetności na 3,5 mld USD spółki okazały się warte 1,2 mld USD agresywne akwizycje na rynku rosyjskim, dokonane w przeddzień kryzysu finansowego z 2008 r. Następujące po nich 37 proc. załamanie rubla, krach na rynkach ryzykownych aktywów oraz błędy popełnione w księgach rachunkowych wywróciły do góry nogami strategię przyjętą przez właściciela takich marek jak Bols czy Żubrówka. Dzieła zniszczenia dopełniła zmiana gustów polskich konsumentów oraz nie zapowiadane wcześniej działania rosyjskich władz zmierzające do ograniczenia spożycia alkoholu, które zepchnęły handel nim do szarej strefy.

- Rosjanie spożyli w 2011 r. o 17 proc. mniej wódki niż trzy lata wcześniej, podczas gdy konsumpcja w Polsce obniżyła się o 8 proc. – zauważa Bloomberg.

Polscy konsumenci zwrócili się ku winu, piwu, whiskey oraz wódkom smakowym o niższej zawartości alkoholu. W tym samym czasie, jak przyznaje William Carey, podwyżki podatków, ograniczenia sprzedaży, narzucona kontrola cen i składników używanych w produkcji oraz zakaz reklamy zwiększyły koszt wytwarzania wódki w Rosji czterokrotnie. Efektem był rozkwit czarnego rynku, gdzie obecnie sprzedaje się połowę konsumowanego w Rosji trunku.

- Jeżeli mielibyśmy zrobić to od początku, kupilibyśmy jedną spółkę zamiast trzech, żeby zobaczyć, jak interes będzie się rozwijał – powiedział Bloombergowi William Carey, pochodzący z Florydy profesjonalny golfista, który przeniósł się do Polski, by zająć się tu w latach 90 – tych eksportem bydła, a później znacznie bardziej lukratywnym sprowadzeniem piwa zachodnich marek.

Od szczytów z czerwca 2008 r. notowania spółki straciły na warszawskiej giełdzie 99,5 proc. wartości. Prawdziwy dramat zaczął się, gdy wiosną 2011 r. kurs zanurkował poniżej 60 zł, wraz z końcem poprzedniej hossy na GPW. Już wkrótce okazało się, co jest przyczyną gwałtownej wyprzedaży. Spadek sprzedaży i przeszacowania wartości aktywów sprawiły, że w 2011 r. spółka zanotowała gigantyczną stratę netto, sięgającą 1,3 mld USD. Przychody za ostatnie cztery kwartały wciąż nie sięgają nawet połowy wyniku z rekordowego 2008 r. Dziś zadłużenie sięga 1,4 mld USD, a spółka, która w zeszłym miesiącu nie zdołała spłacić obligacji o wartości 258 mln USD, chce je zredukować na mocy porozumienia z wierzycielami o 665 mln USD.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski, Bloomberg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / „Zbankrutować na rosyjskiej wódce to…”