Żegnamy Jana Wejcherta
Wizjonera, który nie wypełnił swojej misji do końca. Redakcja Pulsu Biznesu
Mówili o nim, że wizjoner, że potrafi antycypować przyszłość. Fakt, był czas, że to, za co się wziął Jan Wejchert, okazywało się strzałem w dziesiątkę. Kilka dni temu zmarł. Miał 59 lat. W piątek w magazynie Business Class opublikowaliśmy ostatni wywiad ze współtwórcą grupy ITI. Oto jego fragmenty.
Lista rzeczy, które zrobił w Polsce jako pierwszy, jest długa i zaskakująca.
— Młody wilk, jeden z najbardziej inteligentnych i nietuzinkowych ludzi, jakich poznałem. Czasami, gdy opowiadał mi o swoich pomysłach, wydawało mi się, że buja w obłokach. A po jakimś czasie okazywało się, że to, co mówi, to nie bajki. Jest takie powiedzenie: jeżeli chcesz dosięgnąć gwiazdy, sięgnij ręką ponad nią. I Janek sięgał ponad gwiazdy — mówił Pulsowi Biznesu niedawno o Janie Wejchercie Andrzej Czernecki, właściciel HTL-Strefa.
Ale los nieraz chichotał z Wejcherta i płatał mu figle. Choćby początki — wcale nie były wizjonerskie.
— Chciałem być fizykiem jądrowym. Przez dwa lata studiowałem fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pociągała mnie matematyka, postrzeganie świata w wielu, a nie tylko w trzech wymiarach. Do czasu. Na drugim roku przeniosłem się na ekonometrię. Z ekonomii, wtedy socjalizmu, orłem nie byłem — wspominał w rozmowie z Pulsem Biznesu Jan Wejchert.
Po latach powie, że jednak fizyka i matematyka na wysokim poziomie, z którymi wtedy wziął rozwód, z czasem się przydały.
— Zacząłem rozumieć, że świat jest wielowymiarowy. Miałem się przekonać, że biznes przez duże B też jest bardzo wielowymiarowy. A wizjonerstwo polega na umiejętności myślenia w przestrzeniach wielowymiarowych. Choćby biznes telewizyjny. Mnóstwo wymiarów: od technologii, widza, klienta, który ma nam sprzedać reklamę, przez sytuację polityczną i ekonomiczną, a na pogodzie kończąc. Do tego mnóstwo mniejszych, ale nie mniej ważnych spraw. Trzeba wziąć pod uwagę te wszystkie elementy i umieścić na osi czasu. Już dzisiaj musimy się zastanawiać, co i jak robić, żeby znaleźć się w odpowiednim miejscu za kilka lat. Mając wizję i chęć jej realizacji, trzeba zdać sobie sprawę z tej złożoności i systemu powiązań. Bo wystarczy pominąć lub nie docenić choćby jednego elementu i cała wizja się sypie —tłumaczył Wejchert.
Na początku lat 70. ani nie wiedział, na czym biznes polega (któż to wtedy wiedział), ani go ten biznes zbytnio nie pociągał. Nie wiadomo, kim byłby dzisiaj, gdyby nie przypadek.
— Z biznesem zetknąłem się w trakcie studiów. Lothar Grabowski, mój wuj z Niemiec, który próbował rozkręcić interes z Polską, potrzebował tłumacza i przewodnika. Dobrze płacił. Zaraził mnie pasją do biznesu do tego stopnia, że z czasem nie myślałem już o niczym innym, a zwłaszcza o ekonomii socjalizmu — mówił Wejchert.
Pierwszy, prawie samodzielny, choć jeszcze pod okiem wuja, biznes.
— To była pierwsza w Polsce automatyczna myjnia samochodowa. Przy Dworcu Gdańskim w Warszawie, dokładnie tam, gdzie stoi obecna. Myła 50 aut na godzinę i dla kierowców była tym, czym dla ich żon pierwszy wtedy w mieście butik Ewa Zbigniewa Jakubasa — opowiadał Wejchert.
Drogi Waltera i Wejcherta złączyły się na początku lat 80. Nie, nie od razu był to strzał w dziesiątkę.
— Kilka miesięcy po stanie wojennym, wtedy jeszcze "pan" Walter, przyszedł do mnie do biura na Saskiej Kępie. Powiedział, że ma dosyć tych weryfikacji i bałaganu w telewizji i chciałby założyć własny interes. Po czym pokazał coś w rodzaju biznesplanu — wspominał Wejchert.
Nie był to pomysł na nową telewizję.
— Zaproponował, byśmy założyli coś w rodzaju agencji turystycznej, ale takiej, która jak ktoś wyjeżdża na urlop, opiekowałaby się dziećmi, teściową lub psem. Zapytałem, czy nie lepiej, żeby zajął się czymś, na czym się lepiej zna — relacjonował Wejchert.
Czyli telewizją? Blisko. Konsuprod zaczął sprowadzać do Polski telewizory i magnetowidy Grundiga. Na których przecież coś trzeba oglądać. Najpierw jednak Walter podjął pracę w firmie Wejchertowego wuja. Po pewnym czasie uznali z Wejchertem, że więcej już pod jego skrzydłami nie zdziałają. Wuj, choć człek majętny, nie mógł finansowo nadążyć za ich pomysłami. W marcu 1983 r. opuścili Konsuprod.
— Założyliśmy ITI praktycznie bez pieniędzy. Ja miałem parę tysięcy dolarów, Mariusz niemal nic. Prawie jak w "Ziemi obiecanej". To było dość odważne posunięcie, wynikające chyba z braku wyobraźni. Bo jakbyśmy zrobili biznesplan… — mówił Wejchert.
A nie zrobili?
— Może właśnie dlatego, że nie wiedzieliśmy, jak go zrobić, założyliśmy ITI. Inaczej wyszłoby nam, że nie mamy szans. Tymczasem łudziliśmy się, że mamy. W kwietniu 1984 r. dostaliśmy licencję na firmę zagraniczną, którą firmował mój stryj z Irlandii, architekt. Zaczęliśmy od handlowania sprzętem Hitachi, który dał nam wyłączność na Polskę. Baltona i Pewex musiały kupować od nas. Rok później, jako pierwsi w Polsce, zaczęliśmy też produkcję chipsów ziemniaczanych — opowiadał Wejchert.
Próbowali wszystkiego, łącznie z filmowaniem wesel i chrzcin, produkcją kaset wideo. Dla monopolisty na rynku reklamy, firmy Agpol, robili krótkie filmy. Aż przyszedł rok 1989. ITI, które dobrze sobie radziło w gospodarce socjalistycznej, okazało się… nieprzygotowane do kapitalizmu. Wielka wyprzedaż. Chipsy kupili Niemcy (50 proc. udziałów). I pytanie: w co zainwestować wcale niemałe pieniądze? Może w to, co kiedyś było fantasmagorią, a w kapitalizmie, choć raczkującym, stało się realne? Czyli w marzenie Waltera. W 1992 r. ITI wystąpiło do KRRiT o koncesję na pierwszą prywatną telewizję w Polsce. Dostał ją… Polsat. Po raz pierwszy Wejchert nie był pierwszy. Kac moralny?
— Raczej złość, bo my o telewizji wiedzieliśmy wtedy wszystko, a konkurent nie miał o niej pojęcia. Był Mariusz Walter, były profesjonalne finanse w postaci udziałowców: RTL i Reutersa, którzy mieli 33 proc. udziałów w ITI, oraz polscy udziałowcy, w tym banki — mówił Jan Wejchert.
Porażka, ale też jasna wizja przyszłości. Koniec z ziemniaczaną drobnicą. ITI zaczyna się specjalizować w produkcji spotów reklamowych.
— W 1998 r., jako pierwsi w Polsce, otworzyliśmy kino wielkoekranowe, multipleks w Poznaniu — chwalił się Wejchert.
Rok 1996 i kolejne podejście do telewizji. W marcu 1997 r. jest wreszcie koncesja dla ITI — na telewizję regionalną. Innej już nie było.
Kilka miesięcy później TVN, czyli TV Nowa, dzięki połączeniu z nadającą ponadregionalny program na południu Telewizją Wisła, nadawał już na większości powierzchni kraju, w tym w niemal wszystkich większych miastach.
16 września 1999 r. w specjalnie wybudowanej willi w Sękocinie Martyna Wojciechowska i Grzegorz Miecugow poprowadzili pierwszy w polskiej telewizji reality show — "Big Brother". Jedni bili brawo, inni słali protesty do KRRiT. W tygodniu oglądało go do 5 mln widzów, a finał pierwszej edycji aż 10 milionów. Szok! Dwa lata później kolejny pomysł: pierwszy polski kanał informacyjny, wzorowany na CNN. Pasmo sukcesów? Była też wpadka. Dla Wejcherta druga w życiu. Niedoszły debiut giełdowy w 2001 r., w najgorszym z możliwych momencie: Enron, Vivendi, pęka internetowa bańka, minister finansów Jarosław Bauc ogłasza gigantyczną dziurę budżetową, indeksy giełdowe lecą na łeb. A na giełdę chciała wejść firma, która zarabia na "wirtualnym" biznesie. W tym na internecie!
Wejchert o sobie? Tak szczerze?
— Wszystko, co pachnie księgowością, mnie odstrasza. Nigdy nie czytam kontraktów, nie wgłębiam się w ich sens. Owszem, potrafię godzinami rozmawiać o pieniądzach, ale gdy trzeba zamknąć transakcję, mam problem. I zazwyczaj dzwonię po naszego trzeciego wspólnika Bruno Valsangiacomo, który jedyny z nas nie ma z tym problemu i z całą inżynierią finansową. Po prostu, każdy z nas robi to, co umie najlepiej — mówił Jan Wejchert.
Jacek Konikowski
