Aż 34-tysięczna (kurort przyciąga…) zbiórka nad Morzem Czerwonym, określana skrótem COP27, była 27. Konferencją Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych ws. Zmian Klimatu. Gospodarze robili wszystko, żeby wynegocjować sformułowania akceptowalne dla wszystkich, czyli z konieczności niedookreślone i pozostawiające margines kreatywnych interpretacji.
Największym jej dorobkiem na papierze jest utworzenie wreszcie Funduszu Strat i Szkód. To pierwszy krok do systemowego naprawienia niesprawiedliwości wobec miliardów ludzi z umownego Południa, cierpiących nieproporcjonalnie z powodu dewastacji klimatu. Będąca sprawcą postępującej samozagłady planety uprzemysłowiona Północ od trzech dekad broniła się przed uznaniem konieczności zrekompensowania klęsk klimatycznych. Notabene główny hamulcowy to Stany Zjednoczone – w tej kwestii trzymają sztamę prezydenci republikańscy i demokratyczni – oraz część Unii Europejskiej, czyli wizerunkowego lidera zieleni. Paradoksalnie natomiast rzecznikiem armii beneficjentów funduszu sprytnie stały się… Chiny, które zwietrzyły okazję do umacniania globalnego prymatu już nie tylko w skolonizowanej Afryce. Płatnicy netto na razie jednak nie mają się o co martwić, samo stworzenie koncepcji funduszu potrwa aż rok, wyniki prac komisji ONZ rozpatrzy dopiero kolejny COP28 w Dubaju. Tam rozegra się wojna o kwoty oraz harmonogram transferów, chodzi przecież nie o drobne 100 mld USD, lecz o biliony.
Największym niepowodzeniem COP27 jest rozmycie mapy drogowej ograniczenia wzrostu temperatury do 1,5 stopnia C. Niestety, planeta systematycznie zmierza do zabójczego ocieplenia aż o 2,7 stopnia. Klimatolodzy uznają za bardzo szkodliwe tezy decydentów politycznych, że cel można trochę poluzować do 2 stopni… Tymczasem uczciwe ekspertyzy naukowe dowodzą, że niepozorne pół stopnia stanowi dla trwania życia na Ziemi różnicę ogromną. Niestety, politycznie akceptowana jest zakłamana formuła, że do limitu 1,5 stopnia należy dążyć, ale nie za wszelką cenę. Właśnie tak zadeklarowali kilka dni temu na Bali potentaci z G20, ale np. rząd Indii natychmiast po szczycie ogłosił, że nie zahamuje rozwoju gospodarczego opartego na węglu, zaś wzrost np. o 2 stopnie Hindusi wytrzymają, wszak i tak żyją w upale. Dla wielkiego truciciela obecnie kwestią najważniejszą jest potwierdzenie przez ONZ, że na poziomie powyżej 1,4 mld mieszkańców Indie prześcignęły Chiny i stały się najludniejszym państwem globu. Notabene weto potentata jest parawanem, za którym bardzo wygodnie mogą chować się inne państwa węglowe, w szczególności Polska.
Kryzys energetyczny stał się przyczyną nieco mniejszego potępienia przez COP27 paliw kopalnych. Podczas ubiegłorocznego COP26 w Glasgow węgiel był traktowany niczym globalny banita, natomiast w Szarm el-Szejk odczuwalne było pewne, chociaż tylko doraźne i krótkoterminowe, złagodzenie. Mocniej podniosły głowy ropa i gaz, podczas COP27 te sektory nie przeszły do kontrofensywy, ale obsadziły silne rubieże obronne. W kuluarach szczytu skutecznie działało kilkuset fachowo przygotowanych lobbystów paliw kopalnych. Z polskiego punktu widzenia okolicznością korzystną jest pozostawienie nieco na uboczu sporu energetyki jądrowej – nie jest tak zielona jak odnawialna, ale przecież nie truje na podobieństwo kopciuchów węglowych.

