Złodziejstwo z niedbalstwa

Kamil Kosiński
28-02-2003, 00:00

Dyskusja w „PB”: piractwo komputerowe

Kamil Kosiński („Puls Biznesu”): Dlaczego firmy korzystają z nielegalnych kopii oprogramowania? Obniżanie kosztów czy po prostu bezmyślność?

Jacek Pacholczyk, prezes Novell Polska: Różnie. Ale dla znakomitej większości przedsiębiorstw software to po prostu jakieś narzędzie. Większość firm nie ma przychodów ze sprzedaży i serwisu oprogramowania. A zatem ani kierownictwo, ani pracownicy niższego szczebla nie traktują jego legalności jako problemu pierwszorzędnej wagi.

- Czyli złodziejstwo z niedbalstwa?

J.P.: Często. Metody licencjonowania oprogramowania są zresztą różne. Niedostateczna dbałość o to, by służby informatyczne pozwalały używać tylko zakupionych licencji dokładnie według pozwoleń, może prowadzić właśnie do złodziejstwa z niedbalstwa.

Tomasz Bochenek, dyrektor generalny polskiego oddziału Microsoftu: Nierzadko nikt się u nas nie zastanawia, czy oprogramowanie jest legalne. Czasami okazuje się przecież, że nielegalne oprogramowanie mają polskie oddziały firm zachodnich... A tam przecież nikt nie oczekuje od lokalnego menedżmentu cięcia kosztów przez wykorzystanie trefnego produktu. Przeciwnie!

Zmieniło się prawo, a stare przyzwyczajenia z czasów wolnoamerykanki — nierespektowania praw producentów — u nas pozostały. Świadomość prawna i etyczna nie nadąża w Polsce za tempem zmian gospodarczych.

- Każdy dom software’owy dowolnie ustala zasady licencjonowania. Prowadzi to do zamieszania: w jednym programie o podobnym zastosowaniu coś jest dozwolone, a w innym — już nie. Czy niektórzy użytkownicy korzystają z nielegalnych kopii w dobrej wierze?

Mikołaj Sowiński, kancelaria prawna Sołtysiński, Kawecki & Szlęzak: Business Software Alliance prowadzi w Polsce działalność od połowy lat 90. zeszłego wieku. W tym czasie policja znalazła nielegalne oprogramowanie w kilkuset firmach. Z wyjątkiem dwóch czy trzech przypadków — nie przypominam sobie, by ktoś powoływał się na niezrozumienie warunków licencji. W 99 proc. nie chodzi o to, że ktoś inaczej interpretuje postanowienia licencji czy przepis o kopii zapasowej. Najczęściej nie idzie o niuanse prawne! Jeśli firma ma 70 komputerów, a legalne oprogramowanie tylko na 30, to zwyczajna kradzież, z której winowajcy doskonale zdają sobie sprawę!

- Czy drastyczność i nieuchronność kar może wpływać na wymuszenie pożądanego przez prawo i wytwórców rodzaju zachowania?

Sławomir Kosz, prezes Macrosoftu, członek zarządu Stowarzyszenia Polski Rynek Oprogramowania: SPRO systematycznie przeprowadza wśród firm ankietę na ten temat. W 2002 roku za najważniejsze przyczyny używania nielegalnych programów uznano: brak zainteresowania uprawnionych do dochodzenia swoich praw oraz zły przykład innych osób i firm. Nieznajomość przepisów prawnych — okazało się — ma niewielki wpływ na prowokowanie piractwa.

M.S.: Nieuchronność i dolegliwość kary... Tu jest jeszcze sporo do zrobienia. Teraz największą dolegliwością związaną z wykorzystywaniem nielegalnego oprogramowania, które ma znamiona przestępstwa, to przede wszystkim samo wszczęcie postępowania karnego i związane z tym uciążliwości. Ale i to się powoli zmienia... Oto kilka tygodni temu sąd apelacyjny w Krakowie uznał, że trzej członkowie kierownictwa pewnej krakowskiej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, nielegalnie wykorzystującej oprogramowanie projektowe typu CAD/CAM, niedostatecznie nadzorowali to, co się dzieje w ich przedsiębiorstwie, i podtrzymał wobec nich wyrok skazujący z niższej instancji. Sąd uznał, że doszło po ich stronie do „pomocnictwa” w popełnieniu przestępstwa. Ale są też i inne przypadki... Kilka dni temu zadzwoniła do mnie pani mecenas, zaangażowana w proces kogoś, kto sprzedawał trefne oprogramowanie na giełdzie. Właśnie rozpoczynał się przewód sądowy — po 8 latach!

- No to jest się czym chwalić?

M.S.: Trochę jest, bo od 3-4 lat ściga się tego rodzaju przestępców skuteczniej — także wskutek zmian w prawie. Na policję nigdy nie narzekaliśmy. Bardzo się za to poprawiło podejście prokuratorów do tego typu przestępstw. Jeszcze kilka lat temu 80 proc. spraw umarzano „z uwagi na niską szkodliwość społeczną”. A w ostatnim półroczu nie przypominam sobie podobnego postanowienia. Teraz w sprawach dotyczących nielegalnej preinstalacji oprogramowania na nowych komputerach prokuratorzy potrafią wydawać i po kilkadziesiąt nakazów przeszukań w mieszkaniach i firmach, których adresy figurują w dokumentacji sprzedaży podejrzewanych o takie przestępstwo sklepów... A w Gorzowie Wielkopolskim — nawet kilkaset poleceń przeszukania w mieszkaniach osób prywatnych i lokalach małych firm — nabywców nielegalnego produktu.

S.K.: Á propos prokuratury... PRO nawiązał współpracę z prokuraturą generalną. Problemem, który tam nam wskazano, pozostaje zbyt mała liczba biegłych, którzy mogliby wspierać policję i prokuraturę w ich pracy.

M.S.: Może dlatego, że prokuratorzy i sędziowie nadużywają instytucji biegłego! Jeśli policja po wejściu do firmy prosi o licencje na zainstalowanie tam oprogramowanie, a nie są one okazywane, to biegły naprawdę nie jest potrzebny, by stwierdzić, że instalacja programu bez odpowiedniej licencji oznacza naruszenie prawa autorskiego. Dotyczy to i sytuacji, w której biegli są proszeni o wyjaśnienie, czy program Windows 98 jest wyprodukowany przez firmę Microsoft. Moim zdaniem, obecność biegłego w każdym stadium postępowania to wyrzucanie pieniędzy. Takiego eksperta można zaangażować, gdy np. oskarżony kwestionuje ustalenia policji i prokuratury.

- Może organy ścigania miałyby więcej pieniędzy, gdyby gorliwiej ścigały piratów. Producenci oprogramowania chętnie podkreślają, że powszechne piractwo, to szersza szara strefa i mniejsze wpływy z podatków. O ile wyższe podatki płaciłby w Polsce taki Microsoft, gdyby tak piractwo zupełnie zniknęło?

T.B.: Każda cyfra utkwi w głowie i dlatego na takie pytanie nie mogę odpowiedzieć... Rozumiem jednak, że pytanie zmierza do tego, czy straty są tak duże, że warto w ściganie piractwa zainwestować trochę grosza, aby wzrosły wpływy do budżetu, a tym samym — zyskać duży zwrot z tej inwestycji. Ma to sens. Jeżeli system operacyjny jest w jakimś komputerze nielegalny, trudno uwierzyć, że jakakolwiek aplikacja jest na nim legalna. Na piractwie tracą więc i krajowi producenci oprogramowania.

S.K.: Polscy producenci oprogramowania szacują, że gdyby wyeliminować piractwo, ich przychody wzrosłyby o 20 proc. Szkody zagranicznych domów software’owych są — naszym zdaniem — dwa razy większe.

J.P.: Strat wskutek piractwa komputerowego nie można ograniczyć tylko do szkód producentów oprogramowania i wpływów podatkowych do budżetu państwa. Masa firm żyje przecież z instalacji, konserwacji, opieki nad systemami informatycznymi. Sprzedaż legalnego oprogramowania przez ten kanał pozwala tym firmom istnieć i tworzyć miejsca pracy. One też płacą podatki i prowokują rozwój wokół swoich przedsiębiorstw.

M.S.: I to nie tylko w firmach zajmujących się informatyką. Jeśli przedsiębiorstwo działa i ma zysk, ma też pieniądze na prawników, firmy reklamowe. Na wszystko!

- Piractwo kojarzy się z kopiowaniem systemów operacyjnych lub programów z grupy tzw. pudełkowych, których sprzedaż nie wiąże się z kupnem usług. Macrosoft produkuje zintegrowany system wspomagający zarządzanie. Czy w tej części rynku również widać piractwo?

S.K.: Tak. Gdy do naszego produktu wprowadziliśmy blokadę kontrolującą liczbę użytkowników, mieliśmy mnóstwo zapytań, dlaczego dotychczasowi użytkownicy nie mogą korzystać z aplikacji. I najczęściej okazywało się, że firmy korzystały z większej puli stanowisk niż pozwalała licencja! Inny poważny problem to instalacja tego samego systemu w kilku spółkach zależnych lub stowarzyszonych albo przekazywanie kopii do biura rachunkowego.

Zdarzyło się też, że partner, z którym współpracowaliśmy, chciał na naszym oprogramowaniu zarabiać więcej, niżby to wynikało z umowy, którą z nami podpisał. Firma IS Infosoft z Opola sprzedała — nic o tym nie wiedzieliśmy — nasze oprogramowanie do kilku innych przedsiębiorstw. Nie miały świadomości, że kupują wersje pirackie.

J.P.: Zaczęliśmy od piractwa wśród użytkowników oprogramowania. Teraz rozmawiamy o firmach handlujących kradzionym oprogramowaniem i sprzedających je nic nie podejrzewającym użytkownikom jako najzupełniej legalne. My z takim przypadkiem również mieliśmy do czynienia w pierwszej połowie lat 90. Uaktualnienie jednego z naszych produktów, które jest o około 50 proc. tańsze od wersji podstawowej, przepakowywano po to, by użytkownik końcowy myślał, że kupuje oryginalną licencję produktu podstawowego. Robiono to gdzieś w Azji, ale na polski rynek oprogramowanie to sprowadzała firma Soft-tronik. Ponieważ była naszym partnerem handlowym, więc wiedziała, jak wyglądają oryginalne opakowaniania, jak kształtują się ceny i jak wygląda kanał dystrybucji. I nie wierzę, by nie zdawała sobie sprawy z tego, że robi coś niewłaściwego.

T.B.: Straciliśmy jakiś milion dolarów, gdy pojawiły się na rynku nielegalne kopie drugiego wydania wersji polskiej systemu Windows 98. Dla 90 proc. użytkowników były nie do odróżnienia od oryginału. Pakowano je w specjalnie przygotowane pudełka, a matrycę do ich produkcji skradziono z fabryki, w których tłoczy się oryginalne płyty. Piractwo komputerowe to nie tylko chałupnicze kopiowanie programów, ale również działalność przestępcza na wielką skalę i poparta dobrym biznesplanem. Wykradzenie takiej matrycy jest co najmniej równie trudne, jak kradzież matrycy z wytwórni papierów wartościowych.

- Pojawia się tu pewien wątek z wyłudzaniem pieniędzy od osób niczego nieświadomych. W 2001 r. nielegalne oprogramowanie znaleziono w giełdowej spółce Pepees. Zapłaciła 60 tys. USD odszkodowania. Ta nieplanowana wypłata obciążyła wynik firmy, a tym samym — przyniosła straty inwestorom. Czy zatem Komisja Papierów Wartościowych i Giełd albo i sama Giełda Papierów Wartościowych nie powinny wprowadzić monitoringu oprogramowania wykorzystywanego w spółkach publicznych?

S.K.: Gdyby miały się tym zajmować, mogłyby równie dobrze pójść krok dalej i sprawdzać, czy zarządy spółek giełdowych nie jeżdżą kradzionymi samochodami...

- Z drugiej strony raport roczny Macrosoftu musi sprawdzić biegły rewident. Czy przynajmniej w momencie dopuszczania spółki do publicznego obrotu nie powinna się ona wylegitymować wynikiem audytu legalności oprogramowania?

S.K.: W jakiś sposób sugerowałoby to, że spółki giełdowe działają nie do końca zgodnie z prawem.

T.B.: To delikatna sprawa, ale ów przykład wskazuje, że tak jest. Okazuje się, że spółki giełdowe mimo różnych mechanizmów kontrolnych nie dopilnowują legalności oprogramowania, czyli popełniają przestępstwo. Można to uznać też za zafałszowanie wyniku finansowego spółki. Korzysta ona z produktu, za który nie zapłaciła — a to zagrożenie dla inwestorów. Wiadomo bowiem, co się dzieje się z kursem akcji, gdy taka sytuacja wychodzi na jaw.

S.K.: To jeden przypadek na wiele spółek giełdowych...

M.S.: No właśnie — wydaje mi się, że policyjne przeszukanie nie dotyczyło żadnej innej spółki giełdowej.

J.P.: Gdyby tak przeprowadzić audyty oprogramowania w dużych spółkach — i to nie tylko giełdowych — przekonalibyśmy się, że zasady licencji często są przekraczane. Jeden na trzy audyty, do których mamy prawo wskutek pewnych okoliczności zawierania umowy licencyjnej, kończy się wykryciem nielegalnych licencji. Im większa firma, tym o to łatwiej. Przedsiębiorstwa nie mają żadnych mechanizmów kontroli legalności wykorzystywanego oprogramowania.

- Jeżeli nie ma żadnych mechanizmów kontroli, to na jakiej zasadzie firmy kupują ileś tam licencji? Ktoś przychodzi i mówi: chcę setkę licencji. Dlaczego nie na przykład 120?

J.P.: Integratorzy czy też producenci oprogramowania, sprzedając software, potrafią zazwyczaj określić, że firmie mającej tylu i tylu użytkowników, w takich i takich warunkach, potrzeba tyle i tyle licencji. Podczas zakupu nie ma ani jednej nielegalnej kopii. Tyle że potem ludzie się zwalniają z pracy, przychodzą nowi, zmieniają stanowiska, rozrastają się jedne działy, kurczą inne... No i niektóre firmy nie wiedzą, ile dokładnie mają komputerów. Jak się ich ma wkoło pół tysiąca, a na dodatek w różnym stopniu zamortyzowanych, to — z punktu widzenia zarządu — istotna jest kwota amortyzacji i czy wszyscy mają właściwe stanowiska, a nie to, czy komputerów jest 485 czy może 509. To ma znaczenie, jeśli chodzi o wypełnianie szczególnych postanowień licencyjnych — i to tylko czasami. Macrosoft licencjonuje bowiem swe produkty według liczby jednoczesnych sesji, Microsoft — na stanowisko pracy, a Novell — na skrzynkę pocztową albo obiekt w katalogu użytkowników.

T.B.: Część firm ma około 5 proc. nielegalnych aplikacji. Nie chcą łamać prawa, ale nie wykształciły jeszcze należytych mechanizmów kontroli wewnętrznej. Druga grupa to firmy, w których 80 proc. software’u jest nielegalne. One w ogóle się nie przejmują problemem legalności oprogramowania. Przedsiębiorstw sytuujących się pomiędzy tymi dwoma grupami jest mało. Bardzo mało.

Mikołaj Sowiński:

- Jeśli firma ma 70 komputerów, a legalne oprogramowanie tylko na 30, to zwyczajna kradzież, z której winowajcy doskonale zdają sobie sprawę!

Sławomir Kosz:

- Nieznajomość przepisów prawnych — okazało się — ma niewielki wpływ na prowokowanie piractwa.

Tomasz Bochenek:

- Zmieniło się prawo, a stare przyzwyczajenia z czasów wolnoamerykanki — nierespektowania praw producentów — u nas pozostały.

Jacek Pacholczyk:

- Gdyby tak przeprowadzić audyty oprogramowania w dużych spółkach — i to nie tylko giełdowych — przekonalibyśmy się, że zasady licencji często są przekraczane.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Złodziejstwo z niedbalstwa