Złoty traci na wartości

Łukasz Świerżewski
opublikowano: 2003-09-30 00:00

Po raz pierwszy w historii za euro trzeba było zapłacić 4,6 zł. Wszystko przez rząd, Bogusława Grabowskiego i dolara.

Nic nie pomogły sobotnie zapewnienia premiera Leszka Millera, który przy okazji przyjęcia przez rząd budżet na 2004 r. zapewniał, że kryzys finansów publicznych nam nie grozi i rugał analityków za czarnowidztwo. W poniedziałek rano, gdy tylko inwestorzy i dealerzy walutowi dowiedzieli się, że rząd nie przyjmie programu redukcji wydatków dzisiaj, ale dopiero za tydzień, kurs euro wzrósł do 4,56 zł. Później było jeszcze gorzej.

Polskiej walucie nie pomogły wypowiedzi Bogusław Grabowskiego z Rady Polityki Pieniężnej, który mocno skrytykował rządowy projekt budżetu na 2004 r. Stwierdził wręcz, że jest nim po prostu przerażony.

— To nie jest tylko najgorszy budżet w ostatnich dziesięciu latach. To jest wręcz budżet skandaliczny — twierdził Bogusław Grabowski na antenie Radia ZET.

Jego zdaniem, wobec braku cięć w wydatkach grozi nam nie tylko kryzys finansowy, ale kryzys państwa. Wypowiedź Bogusława Grabowskiego rozwścieczyła Jerzego Hausnera, wicepremiera odpowiedzialnego za gospodarkę, który uznał ją za skrajnie nieodpowiedzialną.

— Uważam pana Bogusława Grabowskiego za najmniej rozsądnego ekonomistę w Polsce. RPP odpowiada za politykę monetarną. Zamiast tego niektórzy jej członkowie starają się budować swój wizerunek medialny. Uważam to za szkodliwe — grzmiał Jerzy Hausner.

Oliwy do ognia dolały informacje z rynków światowych. Osłabienie dolara wobec euro, za które rano trzeba było zapłacić 1,139 USD, a po południu już prawie 1,16 USD, dobiło polską walutę. Złoty osłabł do poziomu 4,6 zł za euro. Ostatecznie pod koniec dnia euro było wyceniane na poziomie 4,60 zł — ponad 7 gr więcej niż w piątek wieczorem, zaś dolar na 3,99 zł — o 4,7 gr więcej niż w piątek. Zdaniem Mateusza Bieńka, dealera BPH PBK, złoty na koniec dnia pogłębił straty, bo jeden z klientów złożył duże zlecenie przy dość płytkim rynku. Dealerzy uważają, że zleceniodawcą był jeden z dużych niemieckich banków.

Późnym popołudniem atmosferę starał się uspokoić Andrzej Raczko, minister finansów, który w telewizyjnej jedynce przekonywał, że rząd ma strategię radzenia sobie z długiem publicznym, a przyjęcie planu cięć zostało przesunięte, by „lepiej go przygotować”.

— Budżet na 2004 r. oddaje naszą sytuację. Deficyt jest potężny, ale musimy pamiętać, że jest to rok wejścia do Unii Europejskiej, co da nam niesamowite ożywienie gospodarki. Ale musimy ponieść pewne koszty — twierdzi minister.

Zapytany w TVN24 o wysokość deficytu budżetowego Andrzej Raczko przyznał, że jest on wysoki, ale będzie uzależniony od kursu walutowego. Jego zdaniem, do konstytucyjnej granicy 60 proc. jeszcze brakuje. Według niego, rząd nakreślił już „pewną” ścieżkę wychodzenia z deficytu.

— Pokazaliśmy, jakie są minimalne kwoty redukcji wydatków budżetowych w kolejnych latach i nakreśliliśmy konieczny harmonogram działań — zapewnia.