Znaszli ten kraj, gdzie dwa rządy i... nierząd
Ile rządów powinien mieć średniej wielkości, demokratyczny, o ustroju kapitalistycznym kraj w Europie, środkowowschodniej zresztą? Cisnąca się na usta odpowiedź, że jeden — tylko na pozór wydaje się tak oczywista. Otóż wszyscy, od wczoraj, znamy taki kraj, który poniekąd ma dwa rządy, a ma się nieodparte wrażenie — graniczące z pewnością — że nikt w nim nie rządzi. Kraj ten nazywa się Polska.
Z upoważnienia prezydenta pragnę poinformować, że w razie zwycięstwa naszej koalicji misję tworzenia nowego rządu otrzyma pan Leszek Miller — poinformował Leszek Miller, dodając nazwiska pięciu polityków, którzy obejmą kluczowe resorty w państwie. Oczywiście tej deklaracji towarzyszyły zabezpieczenia typu: „pod warunkiem”, „które umożliwi”, i uzasadnienie, że ten wyłom w polityce informacyjnej czyniony jest „ze względu na trudną sytuację finansów publicznych oraz wzrastające napięcie międzynarodowe”. I tak oto mamy jasny sygnał od przyszłego premiera, że on co prawda wie, iż jeszcze jest rząd, ale radzi komukolwiek, kto ma coś do załatwienia z naszym „urzędującym” rządem, żeby sobie nie zawracał głowy i nie tracił czasu, bo i tak nic z tego nie będzie, tylko zadzwonił do wymienionych i umówił się na spotkanie za dwa czy trzy tygodnie. I tak naprawdę, chociaż mocno odbiega od standardów parlamentarnych, to jest bardzo pozytywny sygnał. Najlepszy dowód stanowi reakcja rynków finansowych i umocnienie złotego.
Wszyscy zapewne znają dowcip z cyklu przychodzi Baba do lekarza, w którym baba uskarża się, że nikt jej nie dostrzega i wszyscy ją lekceważą, a lekarz na to: następny proszę. Dowcip ten, niestety, jako żywo przypomina sytuację premiera Buzka i jego rządu, o którym, i o sobie, jeszcze niedawno mówił, że jest to jedyny rząd, który przetrwał całą kadencję. Już wtedy komentarze były niezbyt wybredne, a teraz liczni analitycy i komentatorzy starają się obliczyć, o ile za długo. Niektórym wychodzi, że równo o cztery lata. Jakkolwiek by na to patrzeć, mamy sytuację jak z Mrożka. Postępująca schizofrenia naszego życia publicznego doprowadziła do tego, że powołany do rządzenia rząd, mający wszelkie niezbędne uprawnienia i atrybuty, ma trudności z podjęciem jakiejkolwiek, nawet najbardziej prozaicznej, decyzji. To znaczy, poszczególni ministrowie podejmują najróżniejsze, nawet brzemienne w skutki, decyzje, lub nie podejmują innych — co jest równie brzemienne. Tyle tylko, że ma się właśnie nieodparte wrażenie, iż rządzi ten, kto wcześniej wstanie i przyjdzie do biura, a nie ten, który ma do tego uprawnienia.
Sytuację usiłuje ratować prezydent, któremu nawet jakoś to wychodzi, i co śmielsze i bardziej nieodpowiedzialne decyzje pakującego walizki i zakręcającego słoiki z herbatą rządu i parlamentu skutecznie blokuje, ale... prezydent ma takie uprawnienia, jakie dała mu Konstytucja i ani odrobinę więcej. I tak, właśnie to ogłoszenie pomazańców na kluczowe resorty, jeszcze przed wyborami, jest pewnym wykroczeniem poza procedury — niezależnie od uzasadnień i towarzyszących im zastrzeżeń.
Teraz jeszcze czekamy na zapewne ostatni już wytwór niemiłościwie nam panującego rządu premiera Buzka, który musi wpłynąć do Sejmu najpóźniej 30 września — czyli projekt budżetu na rok 2002, wraz z zapowiedzianymi projektami ustaw okołobudżetowych. To są niezwykle ważne dokumenty, charakteryzujące się ponadto tym, że natychmiast po złożeniu... trafią do kosza na śmieci.
Doba hotelowa: Personel sprzątający żąda warunków do pracy — ten pan niech już się zwija, a tamten pan niech jeszcze weźmie na wstrzymanie! rys. Piotr Kanarek