Polski biznesmen odważył się zainwestować w obłoczek mgły. Opłaciło się, teraz świat domaga się jego patentu.
Marzec 2004. Zygmunt Łada wiedzie „spokojne” życie przedsiębiorcy. Dba o rozwój działalności założonej i prowadzonej przez siebie Grupy T, składającej się z firm, których jest właścicielem lub współwłaścicielem. Krótko mówiąc, ma co robić. Aż tu nagle odwiedzają go dwaj koledzy ze studiów, Ludomir Duda z Uniwersytetu Warszawskiego i Bogdan Habich, ekspert z zakresu pożarnictwa, były pracownik Wyższej Szkoły Oficerów Pożarnictwa.
Opowiadają, że potrafią wygenerować mgłę, która gasi pożary. Podają szczegóły: przepływająca przez prądownicę złożoną z dysz powietrzno-wodnych woda nabiera prędkości 3 machów i rozpada się na krople wielkości 30-50 mikronów (1 mikron = 0,000001 metra).
Tylko dwa miesiące
— Zaprosili mnie na Wydział Mechaniczny Politechniki Warszawskiej, gdzie Antoni Tarnogrodzki, twórca prądownicy, pokazał wylatującą z okien chmurę. Mgła faktycznie działała, a ja musiałem od razu powiedzieć, czy w to wchodzę — opowiada Zygmunt Łada.
Konstruktorzy chcieli zdążyć z budową prototypu systemu do czerwca — na wystawę EDURA w Częstochowie, podczas której prezentowane są m.in. sprzęt i technologie dla służb ratowniczych.
Pośpiech podyktowany był koniecznością rejestracji patentu. Oczekiwanie na przyszłoroczne targi mogłoby poskutkować kradzieżą licencji. Przedsiębiorca zgodził się.
— Najważniejsza w przypadku takich decyzji jest odwaga, a ja nie obawiam się podejmować wyzwań na podstawie zaobserwowanej chmurki. Pieniądze grały podrzędną rolę — tłumaczy Zygmunt Łada.
Dodaje, że jest postrzegany jako biznesmen, który wdrożył już kilka ludzkich pomysłów.
— Najpierw z wynalazkiem skierowaliśmy się do Szkoły Głównej Służby Pożarniczej i wspólnie wystąpiliśmy do Komitetu Badań Naukowych. Otrzymaliśmy odmowę finansowania, ponieważ „urządzenie nie ma praktycznego zastosowania” — tłumaczy Ludomir Duda.
Prace nad skonstruowaniem samodzielnego urządzenia gaśniczego ruszyły w Teco-Transie, jednej z firm Zygmunta Łady, produkującej cysterny i wywrotki. Firma Telesto odkupiła prawa autorskie do prądownicy. Do dnia wystawy projekt pochłonął kilkaset tysięcy złotych. Do Urzędu Patentowego wpłynęły wnioski o ochronę systemu i sposobu generowania mgły. Powstały trzy prototypy urządzenia. Mimo pracy w morderczym tempie udało się — system Telesto otrzymał nagrodę za najlepszy środek gaśniczy na targach EDURA.
— Dopiero wtedy rozpoczęliśmy walkę o komercyjne zastosowanie systemu — mówi Zygmunt Łada.
Produkcja w toku
Telesto nie rozpoczęło jeszcze produkcji. Najpierw chce poznać wymagania klientów, zobaczyć kto jakiego sprzętu oczekuje. Jednak zainteresowanie jest ogromne.
— Prowadzimy rozmowy z Państwową Strażą Pożarną. Chęć kupna systemów Telesto wyraziło również wojsko. Nasz system może być stosowany nie tylko do gaszenia pożarów, ale i do dezaktywacji chemicznej czy biologicznej — dodaje.
Zapytania o urządzenia napływają również z firm, które dbają o ochronę przeciwpożarową, m.in. PKN Orlen, International Paper Kwidzyn. Zgłosili się także kontrahenci z Chin i Iraku, którzy chcą odkupić licencję.
Okiem eksperta
Obecnie relacja wynalazca — polski biznes wygląda fatalnie i nie ma nadziei na poprawę tej sytuacji. Środki prywatne na finansowanie nauki właściwie nie istnieją. Problem w tym, że nie każdy projekt jest w formie skończonej, przygotowanej do sprzedaży, wymaga jeszcze wkładu finansowego. Niestety przedsiębiorcy nastawiają się wyłącznie na wynalazki, które szybko da się przekształcić w gotowe źródło dochodów. Boją się podjąć ryzyko i zainwestować swój czas i pieniądze.
Tadeusz Rychter, zastępca przewodniczącego Wydziału Nauk Technicznych PAN