Żonglowanie kapitałem jest legalne

Sztuczka będzie szybsza niż mrugnięcie oka. Zanim po wolcie na trapezie opadnie brokat, inwestor będzie wiedział, jak dywersyfikować portfel

Akrobacja-dywersyfikacja opuściła kategorię popisowych numerów zarezerwowanych tylko dla wprawionych ryzykantów. Na rynku dzieł sztuki można różnicować aktywa, nie będąc ani znawcą, ani chojrakiem — wystarczy skoncentrować się na tych artystach, którzy jednocześnie tworzyli prace ze zwyżkowym potencjałem i wypracowali bardzo charakterystyczny styl.

ARLEKIN W AKTYWACH:
Wyświetl galerię [1/2]

ARLEKIN W AKTYWACH:

Cena wywoławcza „Cyrkowca” Tymona Niesiołowskiego to 25 tys. zł, czyli mniej więcej tyle, ile według bazy Artprice wynosi średni aukcyjny wynik z tego roku. Agra-art

Przed dwiema niedzielnymi aukcjami w Agrze-Art najlepiej potrenować więc trik magika: celne rozpoznawanie Tymona Niesiołowskiego i Kazimierza Mikulskiego w katalogach — na pierwszy rzut nawet słabo wygimnastykowanego oka.

Nie gub rytmu

Nieśmiały „Cyrkowiec” Tymona Niesiołowskiego w pewnym sensie ubiegnie odważną akrobatkę z obrazu Kazimierza Mikulskiego, bo chociaż obie prace powstały w latach 60. i wystawione zostaną na licytację 11 grudnia, to pierwsza w ramach aukcji sztuki tradycyjnej, a druga współczesnej. Czynnikiem pozwalającym na taki podział jest właśnie wspomniana konsekwencja, z jaką artysta tworzył we własnym stylu — środki, które Niesiołowski wypracował w międzywojniu, widoczne są nawet w najpóźniejszym okresie jego twórczości, całkowicie niezależnie od ich aktualności.

Krajową awangardę spod znaku kolorowych kwadratów trudno przecież posądzić o portretowanie zawstydzonych cyrkowców na tle udrapowanych kotar, skoro w latach 60. chętniej rozwijana była już geometryczna abstrakcja. W okresie, w którym kształtowała się natomiast formuła Niesiołowskiego, żyła jeszcze wcześniejsza epoka — czas spędzany przez malarza w zakopiańskich willach razem ze skandalizującym Witkacym i zakorzenionym w Młodej Polsce Karolem Szymanowskim.

Jak się okazuje, echa tamtego życia podnoszą na rynku wartość nawet późniejszych obiektów, szczególnie jeśli i tak nie trafiają do obiegu zbyt często. Cena wywoławcza „Cyrkowca” to 25 tys. zł, estymacja dochodzi do 50 tys. zł, a rekordza obraz autora ustanowiony został przed rokiem na poziomie 460 tys. zł. Tyle kosztowała „Śpiewaczka” z lat 30. i mimo wyraźnie różniących się środków, są elementy, które zauważalnie łączą ją z „Cyrkowcem”.

Niesiołowski zwykle nie zajmował się przesadnie tłem obrazu, a sylwetki z pierwszego planu nieznacznie pochylał do przodu — w taki sposób, że ich ramiona stawały się zaokrąglone, a obwodzący je czarny kontur układał się w łagodny zakręt. Poza taką deformacją trzeba jeszcze zwrócić uwagę na chropowatą fakturę i tzw. rytmizację, która z wszystkich magicznych trików jest chyba na pierwszym miejscu. Niewprawione oko musi to jednak przećwiczyć na płótnie — najpierw pionowo plisowane kotary, a potem kraciasty kostium, na który przenosi się rytm podziałów z zasłon. Dwie grube linie brwi, a pod nimi dwa czarne łuki rzęs — jak jazz, w którym pozornie jest bałagan, ale nic nie spóźnia się nawet o ćwierć taktu.

Zarabiaj po cichu

Tak jak malarstwo Tymona Niesiołowskiego pojawia się na aukcjach zbyt rzadko, żeby analizować same obroty, w przypadku rynku Kazimierza Mikulskiego można było mówić o wyraźnym ożywieniu. W 2016 r. było spokojniej, ale w ciągu trzech poprzednich lat sprzedaż zwiększała się nieprzerwanie w takim tempie, że od 2012 do rekordowego 2015 wzrosła 390 proc., wynika z danych Artprice.

Tak rosnący trend prowadzi zwykle do tego, że na rynku ubywa prac najbardziej poszukiwanych przez kolekcjonerów — dlatego m.in. „Próba w lunaparku” z 1967 r. ma cenę wywoławczą 85 tys. zł i estymację dochodzącą do 120 tys. zł. Jeśli inwestor ma wrażenie, że złapał już rytm kraciastego kostiumu cyrkowca, rozpoznawanie twórczości Kazimierza Mikulskiego wyda mu się wyjątkowo proste, bo przedstawionym na obrazach postaciom wystarczy spojrzeć w oczy. Wtedy, kiedy lokalne artystyczne środowisko zajęte było głównie rozmieszczaniem na płótnie prostych kwadratów albo rozbryzgiwaniem farby w jakieś nieodgadnione kształty, Mikulski trzymał się formuły jak z baśni — zupełnie z niczym niezwiązanej.

Na płaskim tle zawieszał sylwetki jakby wycięte z kartki, o lalkowatych jasnych twarzach i ogromnych oczach, które często jako jedyne budowały w obrazie jakąkolwiek głębię. Wypukłe błyszczące gałki jako niepokojący element wskazujący, że nienaturalnie statyczna kompozycja żyje — łatwo je znaleźć pomiędzy sztucznie zawieszonymi piłeczkami żonglerki, ale warto zauważyć, że dwuwymiarowa końska głowa również patrzy, chociaż nawet jej pióropusz wydaje się kompletnie płaski.

Nierzeczywistą scenę rozpiera w dodatku cisza, czym inwestor powinien się zasugerować, myśląc na przykład o zarobku z błyskawicznej odsprzedaży. W przypadku obrazów lepiej się wstrzymać i poczekać, bo ciszę lubią też podobno pieniądze — chociaż tak zatrważającego banału nie da się usprawiedliwić inaczej niż tym, że głębią pasowałby do kompozycji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Żonglowanie kapitałem jest legalne