Zmiany w indeksach, choć symboliczne, zmierzają w dobrym kierunku. Ich układ będzie przejrzysty, a konstrukcja prostsza. GPW myśli jednak o dalszych. W ciągu dwóch lat WIG20 ma się powiększyć o 5-10 spółek. Po co? Bo na Zachodzie odpowiedniki są liczniejsze (DAX i Dow Jones po 30, CAC 40).
Rozumiem, że presja na zbudowanie w Warszawie regionalnego centrum finansowego jest duża, a indeks ATX, nadal większego parkietu w Wiedniu, zbudowany jest właśnie z 20 spółek. Od samego nazwania papieru blue chipem na GPW ich jednak nie przybędzie. 13-letni indeks WIG20 ma wartość historyczną i analityczną. Przy całym szacunku dla rozwoju Polimeksu, Cersanitu i Netii, indeks nadal obfituje w firmy, które zachodni inwestor nie zakwalifikowałby nawet jako średnie.
Sam prezes Ludwik Sobolewski, obejmując stanowisko, studził entuzjazm poprzednich włodarzy GPW. Przypominał, że ustępujemy giełdom regionu pod względem przeciętnej kapitalizacji spółek. Od tego czasu pojawił się tylko jeden blue chip — CEZ, którego jednak tylko 1 proc. kapitalizacji znajduje się w polskim depozycie. Od przejęcia kadłubowych giełd w Sofii czy Lublanie WIG30 się nie wypełni. Konieczna jest prywatyzacja państwowych molochów. Ta zaś pozostaje w gestii ministra Wojciecha Jasińskiego, który przez rok wprowadził na GPW jedną spółkę (za Jacka Sochy państwowy debiut wypadał średnio co dwa miesiące). GPW wręczyła mu statuetkę „Podziękowanie i zobowiązanie”. Na razie jej druga część jest dużo cięższa.
Przemek Barankiewicz, CFA