Zupa liczona w hektolitrach

27-04-2017, 22:00

70 kg mięsa i kości, 100 litrów śmietany, 30 kg marchwi, 30 kg selera, 20 kg pora, 200 kg pomidorów i szczypta soli — w tej proporcji to około 20 kg — oto przepis na 3500 litrów zupy pomidorowej. W 2001 r. trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa. Później Krzysztof Górski i jego Teatr Kulinarny pobili kolejne rekordy, m.in. na najdłuższy szaszłyk i gigantyczną porcję zupy łososiowej.

Zaczęło się 17 lat temu od pomysłu rzuconego w grupie przyjaciół z Kołobrzegu, by powołać Fanklub Zupy Pomidorowej.

Wyświetl galerię [1/2]

Zupa Krzysztofa Górskiego w 2001 r. trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa. Później on i jego Teatr Kulinarny pobili kolejne rekordy, m.in. na najdłuższy szaszłyk i gigantyczną porcję zupy łososiowej. Krzysztof Jarczewski

Krzysztof Górski, z zawodu budowniczy okrętów, wtedy właściciel firmy reklamowej, został jego prezesem. Członkowie klubu ślubowali „gotować zupę pomidorową bez względu na porę roku i bronić jej honoru nawet w sezonie ogórkowym”, a także wyrażali nadzieję, że ich szeregi będą rosły „z każdą sadzonką pomidora i kroplą zupy”.

— O przewadze tej zupy nad innymi może świadczyć choćby to, że z rosołu można zrobić pomidorową, a rosół z pomidorowej — nie — mówił prezes. Następnym pomysłem było stworzenie festiwalu zupy pomidorowej.

Kocioł na miarę rekordu

— Był rok 2001. Zaproponowaliśmy, żeby wszystkie kołobrzeskie restauracje przygotowały swoją propozycję zupy. Zaprosiliśmy aktora Piotra Pręgowskiego do prowadzenia imprezy, publicystę kulinarnego Macieja Kuronia do jury, wynajęliśmy amfiteatr w porcie. Szacowaliśmy, że przyjdzie sto osób, posmakujemy zup, zagra jakiś zespół i pójdziemy razem na piwo. Gdy jednak zaczęły się zjeżdżać autokary z wycieczkami, zaczęliśmy się bać, że wymyśliliśmy coś, co nas przerośnie. Nie mieliśmy ochrony, nie wiedzieliśmy, czy stary fort udźwignie taką liczbę ludzi. Pojawił się taki tłum, że jury miało problem z przeciśnięciem się między ludźmi do kolejnych stoisk i ocenianych zup — wspomina Krzysztof Górski.

Po festiwalu zgłosiła się firma Pudliszki z propozycją współpracy. Powstał pomysł bicia rekordu Guinnessa w gotowaniu zupy pomidorowej. Przygotowania trwały pół roku. Problemem było zrobienie kotła, który pomieściłby cztery tysiące litrów i był bezpieczny. Nie mogło być zagrożenia, że pęknie podczas gotowania.

— Wszyscy się pukali w głowę, gdy słyszeli o garnku o takiej pojemności. Udało mi się w końcu znaleźć wytwórcę. Gdy w lutym 2002 r. kocioł przyjechał ciężarówką do Wisły, w której chcieliśmy bić rekord, jego rozmiar nas przeraził. Do środka mogło spokojnie wejść 30 osób — opisuje Krzysztof Górski. Wisłę wybrano ze względu na popularność Adama Małysza. Jego mama została zaproszona do wspólnego gotowania. Przygotowania objęły też konsultacje z naukowcami z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. Mieli obliczyć, ile godzin trzeba palić drewnem pod kotłem, żeby zagotować cztery tony wody w lutym na świeżym powietrzu.

— Uznali, że będzie to trwało kilkanaście godzin i trzeba użyć wysokokalorycznego koksu, inaczej się nie da. A my chcieliśmy drewno. Ręce mi opadły… Kocioł przyjechał dwa dni przed imprezą, postanowiłem zrobić test. Wlaliśmy tonę wody, podpaliliśmy drewno i okazało się, że po dwóch godzinach była gorąca, czyli praktyka nie potwierdziła naukowej teorii. Ugotowaliśmy 3500 litrów zupy, rekord był nasz! — cieszy się Krzysztof Górski.

Buty za gotowanie

Prezes fanklubu pomidorówki postanowił użyć kotła podczas akcji charytatywnej na rzecz dzieci z ośrodków szkolno-wychowawczych.

— Te dzieci są poszkodowane po wielokroć — niepełnosprawne umysłowo, często porzucone, mieszkające w skrajnie niedoinwestowanych ośrodkach. Dyrektor jednej z placówek mówił, że dostaje tak mało pieniędzy, iż nie wie, czy ma kupić wszystkim dzieciom po jednym bucie na zimę, czy po parze dla połowy... Zaprosiłem do akcji kolegów artystów, prowadziliśmy w „Gazecie Lubuskiej” licytację ich prac, potem organizowaliśmy pikniki, na których wydawaliśmy zupę. Udało się zebrać kilkanaście tysięcy złotych. Mam satysfakcję, że dzięki zupie dzieciaki przechodziły zimę w butach — opowiada Krzysztof Górski. Wtedy, w 2003 r., pojawiła się pierwsza propozycja płatnego pobicia rekordu w Ustce — z okazji święta miasta. Prezes zamówił kocioł na pięć tysięcy litrów. Padł kolejny rekord Guinnessa — 4016 litrów zupy łososiowej.

— 600 kg łososia wyfiletowaliśmy, pokroiliśmy w kosteczkę, obsmażyliśmy i wrzuciliśmy do kotła. Gotową zupę rozwoziliśmy po promenadzie w Ustce meleksami. Pracowało przy tym 16 osób — kucharze z miejscowych hoteli, uczniowie ze szkoły gastronomicznej. Strażacy za darmo przywieźli wodę — opowiada Krzysztof Górski. Gdy pojawiły się pieniądze, uznał, że trzeba postawić na profesjonalizm.

— Raz można skrzyknąć przyjaciół do wspólnego obierania 300 kg ziemniaków, ale powiedzmy sobie szczerze: to ciężka fizyczna praca — mówi biznesmen. Sprzedał agencję reklamową i wymyślił Teatr Kulinarny, który działa już od ponad 15 lat.

Teatr Kulinarny

Początkowo trudno było przekonać ludzi, że można zrobić imprezę polegającą na ugotowaniu dwóch ton zupy. W 2005 r. firma startowała jeszcze przed wszechobecnością mediów społecznościowych i błyskawicznym obiegiem informacji.

— Odbiorcy nie wierzyli w wysyłane oferty. Dziś, dzięki Facebookowi, gdy gotuję w Kleczewie, cała Polska wie, że robię gulasz z 17 dzików. Wtedy trzeba było powoli przekonywać. Zaczynało się od kilku imprez, a teraz każdy weekend od maja do października jest zajęty — twierdzi Krzysztof Górski. Informacja o polskich rekordach poszła w świat. Burmistrz Bunolu, hiszpańskiego miasta, w którym odbywają się pomidorowe bitwy, przysłał gratulacje i prośbę o możliwość objęcia patronatem honorowym działania fanklubu. Rozwojowi firmy sprzyjała rosnąca moda na bicie rekordów, m.in. przy okazji obchodów rocznic powstania miast. Na przykład Jarosław zamówił gigantyczny tort ważący 760 kg.

— Wpadliśmy na pomysł, by stanął na nim ratusz z piernika, czekolady i marcepana. Zrobiliśmy zdjęcia, wycięliśmy na plotterze kontury, piernik został rozwałkowany i upieczony, a potem nasz plastyk zrobił z marcepana gzymsy, portale, wieżyczki, kogutki, zegary... Powstało prawdziwe dzieło sztuki. Nie zrobiłbym tego sam, do współpracy zaprosiłem cukierniczą rodzinę Raków z Rzeszowa — zaznacza biznesmen. Do pieczenia jubileuszowego tortu powstał specjalny piec o powierzchni wypieku ponad 4 mkw.

— W tym piecu zrobiliśmy później z Maciejem Kuroniem w Łomży babę ziemniaczaną, która ważyła 1020 kg. Gdy już utarliśmy tonę ziemniaków, pojawiło się pytanie, jak to wsunąć do pieca. Nikt wcześniej czegoś takiego nie robił, nie dało się przewidzieć wszystkich komplikacji. Wróciliśmy do metod stosowanych przy budowie piramid. Pojechałem do zakładu ślusarskiego, pożyczyłem kilka drutów spawalniczych i przy pomocy pasów, którymi spina się towary na tirach, wepchnęliśmy szufladę z babą do pieca. Piekliśmy ją przez 8 godzin — opowiada Krzysztof Górski.

Rekord na jubileusz zamówiło również Kłodzko. Padła propozycja szaszłyka. Więźniowie z miejscowego zakładu karnego przygotowali w warsztacie specjalny rożen, na którym można było obracać trzystumetrowy szaszłyk. Natomiast w Łodzi na ulicy Piotrkowskiej podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zapłonęło ognisko, na którym usmażono jajecznicę z trzech tysięcy jaj. Nie wszystkie pomysły udaje się zrealizować. W Krakowie nie powstał gigantyczny obwarzanek, bo okazało się, że receptura jest zastrzeżona. Wobec tego firma Lajkonik zamówiła ogromny paluszek. Ale też nie chciała zdradzić pełnej receptury, więc ciasto się nie dopiekło.

— To było takie pierwsze otrzeźwienie w radości tworzenia: jak zrobić na zamówienie coś, o czym nie mamy pojęcia, a czego zamawiający nie chce ujawnić? Wtedy pojawił się jeszcze jeden problem, paluszek miał być z solą, ale przy wypieku o średnicy 15 cm zwykła sól miałaby za małe kryształki. Poprosiłem kopalnię w Wieliczce o ukopanie kryształów soli wielkości centymetra sześciennego. Górnicy zjechali do żupy i ukopali! — wspomina właściciel Teatru Kulinarnego.

Praca i zabawa

Krzysztof Górski uważa, że znalazł dla siebie pracę idealną.

— Pracuję od maja do października i tylko w weekendy, zainteresowanie jest tak duże, że zajęte są wszystkie. Jeden spektakl Teatru Kulinarnego kosztuje kilka tysięcy złotych, wszystko zależy od zamówionej ilości potrawy i stopnia trudności przepisu. Z drugiej strony, w gotowaniu chodzi o zabawę, ale nie jest ona możliwa bez pieniędzy. Piec kosztował 30 tys. zł, ręcznie kuta patelnia 22 tys., maszyna do obierania ziemniaków 9 tys. Sprzęt musi być przechowywany w specjalnym magazynie — wylicza biznesmen. W trakcie wielkiego gotowania wspierają go wolontariusze i uczniowie szkół gastronomicznych, których praca jest szczególnie potrzebna podczas wydawania tysiąca porcji w godzinę. Każda receptura potrawy jest eksperymentem, bo proste przeliczenie proporcji z pięciolitrowego przepisu na pięć ton się nie sprawdza.

— Jeśli na pięć litrów rosołu dajemy trzy marchewki, to do pięciotonowego powinniśmy dać trzy tysiące — ale wtedy wyjdzie nam zupa marchewkowa, a nie rosół — podaje przykład biznesmen. Największym wyzwaniem było ugotowanie rosyjskiej solianki, która ma 23 składniki. Jeden z nich to cytryna.

— Konieczna była wyobraźnia — jeśli na cztery porcje potrzebna jest jedna cytryna, to na 4 tysiące porcji tysiąc cytryn byłoby jednak przesadą. Daliśmy sto i wystarczyło. Zrobienie tortu jest prostsze, bo w przepisie musi się wszystko zgadzać, zachowuje się proporcje. A zupa nie jest powtarzalna — opowiada Krzysztof Górski. Nazwa Teatr Kulinarny to zastrzeżony w urzędzie patentowym znak towarowy, zastrzeżony jest też scenariusz gotowania. Właściciel często wysyła pisma ostrzegawcze, bo nazwa się podoba i jest „pożyczana” — ktoś zakłada a to szkołę pod tą nazwą, a to restaurację...

— Sytuacja się poprawia, bo 15 lat temu posiadanie patentu niewiele znaczyło, a sądy przyznawały kwoty ledwie wystarczające na koszty adwokatów i rzeczników patentowych. Teraz nauczyły się wyliczać straty, jakie przedsiębiorca poniósł w wyniku kradzieży jego pomysłu. Choć walka o swoje prawa i tak jest droga — wysłanie listu ostrzegawczego przez rzecznika patentowego kosztuje tysiąc złotych — żali się biznesmen. Czy do gotowania przydaje się wykształcenie budowniczego okrętów? — Właściwie działam zgodnie ze swoim przygotowaniem zawodowym. Tylko wcześniej chodziło o wielkie stalowe balie, w których jest sucho w środku, a mokro dookoła, a teraz na odwrót! — żartuje Krzysztof Górski. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA TYSZKO

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Zupa liczona w hektolitrach