Zupa nic

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2016-04-28 22:00

Zaczynam żyć przeszłością. Nie mogę się przyzwyczaić do nowych smaków. Nawet jeśli „jest pysznie”, to ja „nie będę tego jadł”.

Doskonale pamiętam obiadowe katorgi. Stół jak madejowe łoże, sztućce jak narzędzia szatana. I męki. Jedzenie! Babcię zawsze dało się jakoś obłaskawić, ale w przedszkolu było trudniej. Tam kazali mi jeść. „Tylko ziemniaki możesz zostawić” — słyszałem co obiad. Przedszkolanka, która wzrokiem odprowadzała każdy widelec z porcją kotleta, szybko spostrzegła, że góra ziemniaków jest schowkiem na resztę obiadu. No i w przedszkolu ziemniaków już zostawiać nie mogłem.

A u babci zawsze. „Tadeusz niejadeusz” mnie nazywała. Straszyła, że wyrosną mi skrzydełka albo porwą wróble. Ale zamiast wpychać mielonego i trwać jak przedszkolanka, pilnująca, bym przeżuł i połknął, kombinowała, jak mnie przekonać smakiem. I przekonała. Do jednej potrawy. W ten sposób w moim cierpiętniczym obiadowym życiu obok kotletów „fuj”, surówek „błe”, zupek „nie lubię tego” i setek innych potraw „nie będę tego jadł”, pojawiło się coś „pycha”. To zupa nic.

Zaduma nad talerzem

Mniej więcej raz w miesiącu ktoś mnie prosi o autograf. Uśmiechy i umizgi mojego „wielbiciela” kończą się jednak w chwili, w której ów autograf złożę. Bowiem ku zdziwieniu obdarowanego podpisem, brzmi on: „Dla Bazylego — Marcin Bołtryk”, a nie: „Smacznego! Pascal Brodnicki”. — To pan nie jest tym kucharzem? Ale pan podobny! — Wiem, teściowa też mnie pomyliła… Nie jestem kucharzem. Nawet smakoszem nie jestem. Ale jestem dość wytrwałym poszukiwaczem smaku dzieciństwa. A przepis na zupę nic jest prosty. Odnalezienie go w internecie jeszcze prostsze.

Wykonanie? Dosłownie siedem minut. To o co chodzi? A o to, że odkąd ze 30 lat temu ostatni raz pałaszowałem ze smakiem babciną zupę nic, nie odnalazłem tego smaku. Przygotowywałem sam, prosiłem innych. Kombinowałem z proporcjami i naczyniami. I choć było blisko, nigdy nie było tak jak wtedy. Nie jestem „kubkosmakologiem”, nie mam więc pojęcia, jak się ma smak dziecka do smaku dorosłego. Ale gdzieś pod skórą jestem przekonany, że nie tylko o smak tu chodzi.

Chodzi o cały milion ciepłych skojarzeń z czasem, gdy ową zupę przygotowywały dla mnie babcine dłonie. Czyli coś, na co przepisu w internecie się nie znajdzie. Innymi słowy: zupa nic umarła razem z babcią. A wszelkie próby zbudowania tego smaku na nowo są skazane na niepowodzenie. W motoryzacji jest tak samo. Identycznie nawet. A odwracający głowę za tym, co minęło, będą niepocieszeni. Zupełnie jak ja nad talerzem własnoręcznie przygotowanej zupy nic. Łzy, gorycz i niepocieszenie. Ale można inaczej.

Gotowanie w XXI wieku

Taki Jaguar F-Pace to „zupa nic”. Tyle że według przepisu z internetu. Jest tak różna (różny) od dawnych smaków, że doprawdy tylko z nazwy przypomina niegdysiejszą zupę… Tfu! Niegdysiejsze Jaguary. Ale czy to źle? Wcale nie. Zmieniła się filozofia budowania samochodów, pojawiła globalizacja, nowoczesne technologie, ekoterror. Wszystko to zmieniło preferencje klientów i stało się gwoździem do trumny samochodowych manufaktur, które przygotowywały auta z pietyzmem i miłością co najmniej taką, z jaką moja babcia pichciła dla mnie zupę nic. Babcia i Jaguar kiedyś raczej rzadko wspominały o „optymalizacji”, jeszcze rzadziej o „monetyzacji”, a i przepisy dotyczące norm spalania (w przypadku Jaguara) i niekarmienia cukrem (w przypadku babci) raczej im nie bruździły.

Mówiąc inaczej: zupa nic w 1980 r. powstawała w zupełnie innych warunkach niż ta, którą mogę przygotować dzisiaj. Reguła ta dotyczy również Jaguarów. I to zjawisko — dla potrzeb niniejszego tekstu — nazwę ręką babci. Otóż najnowsze dziecko Jaguara nie było nawet nią tknięte. Powodów jest kilka. Pierwszy z brzegu: F-Pace jest… SUV-em. Chociaż podczas prezentacji przekonywano nas, że to crossover, to na internetowych stronach wyraźnie napisano, że to SUV. Mniejsza jednak o nazewnictwo. Większa, że posiadanie takiego nadwozia w ofercie bardziej wymusza współczesna klientela i jej gusty, niż chce tego legenda marki.

A skoro przy legendzie jesteśmy: czymże ona jest? Dla mnie Jaguar to zbitek skojarzeń nieco zmieszanych z wyobrażeniami. To też atmosfera, jaka otacza kierowcę. Trochę szacunku dla mocy silnika i jego muzyka. To dbałość o szczegóły i świadomość, że ktoś coś tam zrobił ręcznie. To trochę drewna i zapach skóry. Nieco zanotowanych na kartach historii sportowych sukcesów i niedostępność. Cenowa. Z tego wszystkiego F-Pace ma tylko tę niedostępność. I tak właśnie ma być. Bo legendy, które kiedyś opowiadali producenci samochodów, dziś można między bajki włożyć. I to nie wina Jaguara, nie moja. Zmiany w postrzeganiu motoryzacji i w wymaganiach jej stawianych są tak duże, że ugotowanie zupy nic takiej jak kiedyś po prostu nie jest możliwe. Nie mówiąc już o budowaniu aut.