Życie mi smakuje

Danuta Hernik
opublikowano: 2010-09-24 00:00

Muzyczne gusta Polaków zmieniają się przez lata, ale jej głos rozpoznaje chyba każdy. Bez niej historia polskiej piosenki wyglądałaby zupełnie inaczej.

"Puls Biznesu": Nie chcę się spierać, ale jeśli mówimy o dzikich plażach, to one są właśnie u nas, w Polsce. Może z tymi kafejkami gorzej…

Irena Santor
Irena Santor
None
None

Irena Santor: To się zgadza z tym, co mówi moja kuma, która co roku robi sobie wyprawy wzdłuż wybrzeża. I twierdzi: "Słuchaj, śpiewasz nieprawdę".

 

Ale wybrała pani Warszawę?

Nie ja wybierałam Warszawę, tylko los. Wyszłam za mąż za warszawiaka i tu się przeniosłam.

 

Jest pani zadowolona z tego wyboru?

Nawet bardzo. Chociaż urodziłam się na wsi. Lubię przestrzeń, pole, zapachy natury. Ale przez "Mazowsze" wylądowałam w Warszawie. A tu trudno o otwarte przestrzenie, widoki po horyzont i zapach łąk. Szczególnie o to ostatnie. Ale Warszawę kocham nad życie, dlatego że byłam świadkiem zmartwychwstawania tego miasta. I przez to moja więź z Warszawą jest taka głęboka i serdeczna — choć nie jest miastem moich marzeń. Ale to przeżywanie odrodzenia bardzo łączy. Poza tym mijają lata, człowiek się przywiązuje do miejsca... Owszem, lubię być nad morzem i nawet mogłabym tam mieszkać. No, ale jest Warszawa. I nie przesadza się starych drzew.

 

Czy po tylu latach śpiewania "służbowego" ma pani chęć do śpiewania przy stole biesiadnym, ognisku, dla siebie?

Oczywiście, uwielbiam. Śpiewam przy ognisku, śpiewam kolędy. W ogóle nie rozumiem, jak można być zmęczonym śpiewaniem. Ja nawet uważam, że nigdy nie śpiewałam zawodowo. Płacono mi za to, owszem, ale śpiewa-łam zawsze z potrzeby serca. To tylko moje szczęście, że ktoś chciał mi za to płacić.

 

Ale zawiesiła pani działalność estradową kilka lat temu. Miał być koniec. Nie wyszło…

No właśnie. Nie wyszło. Namawiali mnie do wystąpienia, to tu, to tam, a ja uległam. Oczywiście, już nie pracuję jak kiedyś, ale od czasu do czasu daję koncert, a ludzie przychodzą. To wielka radość. Jak się okazuje, bez tego się nie da żyć.

Zbiera pani swoje karykatury.

Tak, uwielbiam je. To krzywe lustra. Można się w nich przejrzeć naprawdę.

 

Proszę skomentować swoją działalność na rzecz profilaktyki raka piersi.

Trudno wytłumaczyć Polkom — nie wiem, czy tylko im, może także ich rodzinom, ale im na pewno — dlaczego powinny chcieć się badać.

 

Wiele kobiet się boi, by się nie dowiedzieć najgorszego. Boją się chemii, mastektomii, opuszczenia. Samotności.

Jest dla mnie czymś niepojętym, że niektórzy mężczyźni opuszczają kobiety w chorobie. To bardzo trudne doświadczenie dla nas, ale trzeba przez nie przejść, żeby się dowiedzieć, ile czasem warte są przysięgi, że nie opuszczę cię aż do śmierci. Ale jest jeszcze coś w kobietach — lęk przed samodzielnością. Zasłaniają się dziećmi, obowiązkami rodzinnymi. Nie chcą być samodzielne.

 

Taka samodzielność z przymusu to też samotność.

No dobrze, ale jeśli nie powiem ukochanemu, że noszę chorobę, że muszę się poddać operacji, chemioterapii, to co to jest? Samotność. Chyba nie ma nic gorszego niż świadomość, że jestem chora i nie mam przyjaciela w mężczyźnie, którego wybrałam. Mam rozumieć, że kobieta, rezygnując z badań, odpuszczając troskę o swoje zdrowie, mniej się boi śmierci niż utraty mężczyzny? Nie pogodzę się z taką wizją. Od lat zdzieram gardło, żeby namawiać, przekonywać, prosić, tłumaczyć. Pokazywać, jak miło być na świecie, żyć. Czy to tak trudno zrozumieć, że chcę żyć, że chcę korzystać z tego, co daje mi życie? Dla każdej z nas to znaczy to samo — wybór między życiem a śmiercią. A na śmierć zawsze jest jeszcze czas. W gronie przyjaciół nie jest się samotnym.

 

Kobieta ma w naturze poświęcenie?

Nie. Ma w naturze potrzebę wychowania potomstwa. Ale przychodzi taki moment, że trzeba powiedzieć: już jesteś dorosły, podejmuj samodzielne decyzje. Inną rzeczą jest, że ludzie w ramach swoich możliwości powinni się opiekować starszymi, ułomnymi, potrzebującymi pomocy. Ale to nie jest tylko domeną kobiet. I nie ma żadnej potrzeby — ani biologicznej, ani społecznej — żeby kobiety się nadmiernie poświęcały. To nie prowadzi do niczego dobrego. Rozumujmy w symbolice ying i yang: wzajemność, uzupełnianie się i potrzeba bycia ze sobą.

 

Talent to dobro powierzone. Tak pani kiedyś powiedziała.

To słowa Witolda Lutosławskiego. Każdy, kto ma talent, powinien go rozwijać. Nie zmarnować tego, co dostał.

 

Nie można mieć świetnego słuchu i zostać stolarzem?

Oczywiście, ale powinno się ten dar ujawniać i wykorzystywać. Jeśli ktoś z wybitnym słuchem nie chce być muzykiem, niech stroi fortepiany. A jeśli chce mieć do czynienia z drewnem, niech zostanie lutnikiem. Ale to, co dostałeś, oddaj.

 

Jakie jest miejsce wykonawcy w powstawaniu dzieła?

Człowiek, który — tak jak ja — odtwarza cudzą muzykę, też daje jej coś od siebie. Swój temperament, swoje emocje, swoją prawdę. Jeśli tego nie ma, to dzieło będzie martwe. Poza tekstem i muzyką potrzebny jest jeszcze trzeci element — głos. To istota, która nadaje piosence swoją moc i wrażliwość. Emocje w piosence mieszczą się nie tylko w ujęciu piano-forte. Wykrzyczeć łatwo. Znacznie trudniej zaśpiewać piosenkę cicho. Wyśpiewać to, co jest pod skórą, trochę skrywane, namiętne, śpiewać szeptem — to jest bardzo trudne.

 

"Powrócisz tu" — jeden z największych pani przebojów, bardzo emocjonalna piosenka, można powiedzieć dramatyczna.

Napisał ją Piotr Figiel. Dwa tygodnie przed festiwalem w Opolu zagrał mi ją. Powiedziałam: "No, ładne, ładne, ale to nie jest piosenka dla mnie. Za mocna. Wiesz, ja jestem liryczna. Nie, to nie dla mnie". A on w tym czasie brzdąkał, ustawił tonację i powiedział: "Za tydzień próba". Ja na to: "Piotr, co ty?". Powiedział: "Do widzenia" i wyszedł. Myślałam — zwariował. Ale jednocześnie paliła mnie ciekawość. Zostawił nuty. Zaglądam. Nie, to dla mnie za ostre. Nucę. No nie, zwariował. Ale ciągnie wilka do lasu. Pomyślałam, pójdę na tę próbę, żeby nie było na mnie. No i usłyszałam ten wstęp. I gęsia skórka na ciele. I jakiś elektryczny bodziec przebiegł przeze mnie. Wtedy po raz pierwszy zaśpiewałam taką ekspresyjną piosenkę. Żadne kwiatki, bratki... Tu musiałam się otworzyć i przy tej okazji dowiedzieć się także czegoś o sobie.

 

Można zobaczyć ten czarno-biały teledysk na YouTube. Kobieta z powiewającym szalem, pod wierzbą, wychylona pod wiatr, bez ruchu śpiewająca tak ekspresyjny utwór. Wygląda staroświecko i teatralnie, ale chwyta za serce.

Xymena Zaniewska robiła kostiumy i fryzury. Wierzba oczywiście miała budzić narodowe skojarzenia. I ten ciężki szal z żorżety, który się nie chciał podnieść. Włączyli przede mną jakieś dysze lotnicze, które dławiły gardło i zmuszały do zaparcia się "pod wiatr". Wtedy szal się wreszcie podniósł. Ale efekt jest.

 

Czuje się pani obdarzona przez życie? Czy niekoniecznie — czegoś pani zabrakło?

Czuję się obdarzona. Mam szacunek do tego, co mi życie dało. Ludzie, barwy, zapachy, smaki. Mam też świadomość tego, jakie to wszystko cenne. Że muszę się cieszyć każdą chwilą i dołożę wszelkich starań, żeby to trwało jak najdłużej. Bo to życie mi smakuje. l

Możesz zainteresować się również: