Wyobraźmy sobie sytuację: jesteś przedsiębiorcą, masz na obrzeżach Warszawy spory kawałek niezagospodarowanej działki budowlanej i zdecydowałeś się postawić na niej magazyn. Masz dopięte kwestie finansowe, dogadałeś się z bankiem w sprawie kredytu, wkład własny czeka na koncie. Masz wybraną firmę, która jest w stanie postawić dokładnie taką halę, jaka jest twojej firmie potrzebna. A więc do roboty? Nic z tego. Jeśli przystąpisz dzisiaj do działania, pierwszą łopatę będziesz mógł wbić w ziemię… 19 stycznia 2015 r. Przez prawie pół roku będziesz walczył z biurokracją, aby urzędnicy zgodzili się na twoją inwestycję.



Ścieżka zdrowia
Według badania Banku Światowego Doing Business, w Polsce na uzyskanie pozwolenia na budowę statystyczna firma czeka bowiem średnio 161 dni. Polski przedsiębiorca musi przejść przez biurokratyczną „ścieżkę zdrowia”, wypełniając 18 odrębnych procedur administracyjnych — w urzędzie miasta, nadzorze budowlanym, u operatora energii, w Zarządzie Dróg Miejskich itd. Daje nam to 88. miejsce w światowym rankingu. W stosunku do poprzedniego roku awansowaliśmy, co prawda, aż o 16 pozycji, ale nadal jesteśmy za takimi państwami, jak Rwanda, Honduras czy Mozambik. Co sprawia, że tak długo musimy w Polsce walczyć o prawo do zarządzania własną działką? Biurokratycznych barier jest mnóstwo. Największe problemy pojawiająsię już na wstępnym etapie, czyli jeszcze przed złożeniem wniosku o wydanie pozwolenia na budowę. Aby móc taki wniosek złożyć, musimy najpierw zebrać potężną wielotomową dokumentację. Musimy np. przekonać urzędników, że nasz projekt budowy jest sensowny, to znaczy, że uda się do naszej hali podłączyć prąd, wodę i kanalizację i poprowadzić drogę.
— Inwestor musi wybrać architekta, który przygotuje dokumentację projektową, stanowiącą załącznik do wniosku o wydanie pozwolenia na budowę. W skład dokumentacji wchodzi wiele pozwoleń, uzgodnień lub opinii organów administracji publicznej, dostawców mediów lub zarządców infrastruktury technicznej — mówi Piotr Woźniak, radca prawny w EY Law.
Ponadto, w wielu przypadkach inwestor musi wykazać przed odpowiednimi instytucjami, że jego hala nie zdewastuje środowiska, a w przypadku braku lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego — co jest w Polsce niemal normą — musimy też od lokalnych władz uzyskać decyzję o warunkach zabudowy. Kiedy już skompletujemy te dokumenty, składamy wniosek o pozwolenie na budowę. Teoretycznie, odtąd powinno już pójść z górki. Urzędnicy mają ustawowe 65 dni na rozpatrzenie wniosku (za każdy dzień zwłoki inwestor otrzymuje po 500 zł odszkodowania). Jednak i tu zdarzają się problemy.
— Przyczyn przekraczania przez urzędników 65-dniowego terminu jest wiele. Główny problem to niejednoznaczność zapisów prawa. Przepisy ustawy Prawo budowlane, a także przepisy techniczno-budowlane są niejasne — urzędnicy różnie je interpretują, są często sprzeczne i niedostosowane do zmieniających się realiów technicznych — tłumaczy Piotr Woźniak.
Jest nadzieja
Znaczącym krokiem do przodu powinna być przyjęta w minionym tygodniu przez rząd tzw. mała nowelizacja prawa budowlanego. Po pierwsze, przy budowie domu jednorodzinnego zniesiona zostanie całkowicie konieczność zdobywania pozwolenia na budowę. — Budowa jednorodzinnego budynku mieszkalnego o obszarze oddziaływania niewykraczającym poza granice działki będzie możliwa jedynie na podstawie zgłoszenia z załączonym projektem budowlanym — tłumaczy Robert Stankiewicz z Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Choć ten zapis nie dotyczy bezpośrednio firm, to pośrednio na nim skorzystają. Około połowy wniosków o pozwolenie na budowę to właśnie wnioski dla domów jednorodzinnych. Zmiana powinna więc „odgruzować” urzędników i sprawić, że będą oni szybciej wydawać przedsiębiorcom pozwolenia. Po drugie, nowelizacja ma ograniczyć liczbę dokumentów, jakie będziemy musieli złożyć w urzędzie. Do projektu budowlanego nie trzeba będzie załączać np. oświadczeń od operatorów energii, wody, ciepła i gazu o zapewnieniu dostaw oraz od zarządcy drogi publicznej o możliwości połączenia działki z drogą (w przypadku dróg „niższych” niż krajowa i wojewódzka).
— Eliminacja wymogu dostarczenia wszystkich tych dokumentów będzie ważnym ułatwieniem procesu budowlanego. Te papierki nie wydają się kluczowe na tym etapie inwestycji, więc nie powinny decydować o przyznaniu pozwolenia — mówi Jarosław Bełdowski ze Szkoły Głównej Handlowej.
Sama ta jedna zmiana powinna dać nam awans w Doing Business w subrankingu dotyczącym procedur budowlanych o kilka pozycji.
— Według metodologii badania, ten element nowelizacji powinien skrócić czas przygotowywania wniosku o pozwolenie na budowę hali o 21 dni — zaznacza Sławomir Arczewski, ekspert PKPP Lewiatan.
Budujmy dalej
Po trzecie, nowe przepisy zakładają kilka zmian w urzędniczym „terminarzu”.
— Wprowadzony zostanie np. 14-dniowy termin na wezwanie inwestora do uzupełnienia braków formalnych, skrócony (z 21 do 14 dni) będzie termin udzielania milczącej zgody na użytkowanie obiektu, a także zlikwidowany zostanie obowiązek zgłoszenia zamierzonego terminu rozpoczęcia robót budowlanych — wylicza Robert Stankiewicz. To powinno skrócić przygotowywanie inwestycji o kolejnych kilka tygodni.
— Trzymam kciuki za tę nowelizację. Nie tylko ułatwi ludziom wprowadzanie się do wymarzonego domu, ale także pomoże przedsiębiorcom w rozwoju i pozwoli Polsce na awans w rankingu Doing Business — mówi Jarosław Bełdowski.
W polskim prawie nadal jest jednak wiele innych obszarów, które warto poprawiać. Wydaje się, że najpilniejszej interwencji wymaga brak planów zagospodarowania przestrzennego. Tam, gdzie ich nie ma, nowelizacja niewiele pomoże.
— Na terenach, na których nie ma planu zagospodarowania przestrzennego, inwestor i tak na etapie ubiegania się o warunki zabudowy musi dopełnić wymagań dotyczących porozumienia z dostawcami mediów i zarządcą drogi — tłumaczy Sławomir Arczewski.