A co z tą Polską?

Andrzej Stec
opublikowano: 2011-11-18 00:00

Kryzys finansowy nabiera tempa. Grecka tragedia dobiega końca, ale spektakl trwa. Czas na wątek włoski, później belgijski, francuski... A co z Polską?

Szturm mieszkańców na banki po wypłatę oszczędności, drożejące waluty obce o 50–100 proc. A to nie koniec. Hiperinflacja i głęboka recesja. To czarny scenariusz, w którym Grecja ogłasza niewypłacalność i porzuca strefę euro. Koszty poniosłaby cała Europa. Niemieckie i francuskie banki mają sporo greckich obligacji, które stałyby się bezwartościowe.

Rynek finansowy zamarłby tak jak w 2008 roku, po upadku amerykańskiego Lehman Brothers. W końcu ceny tzw. CDS-ów (ubezpieczenie przed niewypłacalnością) na obligacje skarbowe większości krajów Europy poszybowałyby w górę, windując rentowność i koszt ich zadłużenia.

Agencje ratingowe natychmiast obniżyłyby oceny ich wiarygodności. Aż w spiralę długów wpadłaby kolejna ofiara. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że do armagedonu nie dojdzie. Grecja zacisnęła pasa. Parlament przegłosował plan oszczędnościowy, który zakłada redukcję wydatków i etatów w sektorze publicznym, cięcia emerytur i prywatyzację. Był to warunek unijnej pomocy – 130 mld euro oraz redukcji długu o 100 mld euro. Wizerunek Grecji poprawiła też dymisja premiera Jeoriosa Papandreu.

Kolejna ofiara: Włochy

Grecja odpowiada za 3 proc. PKB całej Unii Europejskiej. To za mało, by – jak wróżyli pesymiści – wywrócić strefę euro. Centrum kryzysu przeniosło się właśnie do Rzymu. I grecka tragedia, tyle że w wykonaniu nowych aktorów, zaczyna się od początku. „Bliskość rozstrzygnięcia problemów Grecji sprawia, że część inwestorów szuka nowej ofiary. Porównanie wskaźnika dług/PKB wskazuje na Włochy” – twierdzą analitycy BZ WBK Asset Management.

To trzecia gospodarka Unii, odpowiadająca za 18 proc. jej PKB. Dług publiczny wynosi 120 proc. włoskiego PKB i sięga 2 bln euro! I rośnie coraz szybciej. Zagrożenie dla Europy jest o wiele większe. W ostatnich dniach rentowność 10-letnich włoskich obligacji skarbowych przekroczyła 7 proc. Nie pomogła interwencja Europejskiego Banku Centralnego, który je skupuje.

To magiczny próg, po którego przekroczeniu Irlandia i Portugalia zwróciły się do Unii o pomoc finansową. „Ten poziom rentowności nie pozwala na dalsze rolowanie długu i wymusza ogłoszenie niewypłacalności. Pytanie, jak rozegrany zostanie ostatni akt. W tym momencie przypuszczam, że rosnące oprocentowanie długu Włoch doprowadzi do gigantycznego runu bankowego zarówno z powodu obaw o wypłacalność włoskich banków w przypadku niewypłacalności państwa, jak i obaw, że Włochy ostatecznie opuszczą strefę euro. To następnie spowoduje ratunkowe zamykanie banków, a kiedy to się stanie, decyzję o porzuceniu euro i wprowadzeniu nowego lira. Kolejny przystanek: Francja” – straszy Paul Krugman, amerykański ekonomista i laureat Nagrody Nobla, na swoim blogu internetowym. Optymiści uważają, że Włochy są za duże, aby upaść – unijne banki mają włoskie obligacje warte aż 300 mld euro. Pesymiści przekonują, że są też zbyt duże,… aby im pomóc. W przyszłym roku Włosi muszą wykupić obligacje aż za 307 mld euro! Do tego dochodzi deficyt, który trzeba sfinansować. Włoscy parlamentarzyści są przerażeni – zatwierdzili ustawę o stabilizacji finansów publicznych, a w niej drastyczny pakiet antykryzysowy (włącznie z podniesieniem podatków). Kryzys zmiótł nawet premiera Silvio Berlusconiego, który po 9 latach stracił posadę szefa rządu.

Kto następny: Belgia, Francja…

Pod koniec października przywódcy krajów strefy euro uzgodnili powiększenie (do biliona euro!) Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej (utworzono go, aby powstrzymać kryzys w strefie). Wydawało się, że to wystarczy. Ale nie jest to już pewne. Europejczycy szukają wsparcia w Chinach, Rosji i Brazylii. Kto wpadnie w tarapaty jako następny? Może Belgia. Komisja Europejska przewiduje, że na koniec roku belgijski dług zrówna się z wartością PKB. W 2012 roku Belgowie muszą wykupić obligacje za 56 mld euro – prawie 20 proc. bieżącego zadłużenia.

Kandydatem jest też Francja, której zadłużenie sięgnie w tym roku 85 proc. PKB. W 2012 roku wygasają papiery za 240 mld euro (wobec 1314 mld euro zadłużenia!). Szacunki mogą być za niskie, jeśli Europa pogrąży się w recesji. Od miesięcy pojawiają się też pogłoski o możliwym bankructwie USA – ich zadłużenie też przewyższa PKB. Jest jedno „ale”. Dopóki świat, zwłaszcza kraje określane jako „rynki wschodzące” (Chiny, Indie, Brazylia, Rosja), kupuje dolary i amerykańskie obligacje oraz lokuje w nich swoje rezerwy, tak długo Amerykanie mogą spać spokojnie.

Co może nam grozić

A co z Polską? Na razie zadziwiająco dobrze znosi zawieruchę. Rentowności obligacji utrzymują się na niskich poziomach (około 5 proc.). Złoty osłabł, ale niewiele – od wakacji o około 10 proc. wobec euro. Tymczasem na Węgrzech euro podrożało o jedną piątą, a władze sięgają po rezerwy walutowe na spłatę zagranicznego długu. Porównując dług do PKB, na pierwszy rzut oka nie jest źle – ma wynieść 56,7 proc. na koniec 2011 roku według prognoz Komisji Europejskiej.

Ale sytuacja się zmienia z dnia na dzień. Wystarczy, że wirusem zarazi się kolejny kraj strefy euro i znów wzrośnie niepewność. Wtedy może ziścić się czarny scenariusz ministra finansów Jacka Rostowskiego – recesja w Polsce w 2012 roku – lub byłego wiceprezesa NBP Krzysztofa Rybińskiego – recesja w 2013 roku. A wtedy wpływy budżetowe drastycznie spadną, bezrobocie zwiększy się o połowę, złoty może osłabić się o 20–30 proc. wobec euro, a rentowność obligacji pobić rekordy z 2008 roku i wzrosnąć do 8–10 proc.

A w przyszłym roku musimy wykupić obligacje za 134 mld złotych (całe zadłużenie to 877 mld zł) i sfinansować wysoki deficyt – co najmniej 35 mld zł. Premier Donald Tusk nie ma wyjścia – jeśli nie chce podzielić losów Jeoriosa Papandreu czy Silvio Berlusconiego, musi zdecydować się na odważne i zapewne bolesne reformy. Sięgnięcie po pieniądze z Funduszu Rezerwy Demograficznej, Otwartych Funduszy Emerytalnych, spółek z udziałem Skarbu Państwa (poprzez dywidendy) czy ograniczenie inwestycji publicznych (np. drogowych) to już stanowczo za mało. &

Andrzej Stec - Redaktor „Pulsu Biznesu”, członek zarządu Związku Maklerów i Doradców.

Możesz zainteresować się również: