A mury runą, runą, runą… Ale nie u nas

AGNIESZKA ZIELIŃSKA
28-09-2007, 00:00

Nazywane szufladami dla robotników — osiedla z wielkiej płyty. Betonowa dżungla. Czyli problem. Nasz, Niemców, Węgrów, Bułgarów…

Krajobrazy polskich miast: połacie szarych, niemożliwie brzydkich bloków, z małymi i nieustawnymi mieszkaniami. Modernizować? A może burzyć?

Mniej znaczy więcej

Wielką płytę po raz pierwszy zastosowano po I wojnie światowej w Holandii. Powszechniej pojawiła się pod koniec lat 30. — we Francji, Szwecji, Finlandii i w Niemczech. Zafascynowany nią był również słynny francuski architekt Le Corbusier (propagował idee „maszyny do mieszkania”). Według niego: niech mieszkanie ma proporcje wyznaczone przez stojącą postać ludzką, a wszystkie jego wymiary niech będą wypadkową tych wartości…

Początek XX wieku to narodziny nowoczesnej urbanistyki i pierwsze duże osiedla mieszkaniowe, a także walka z ornamentem — na rzecz praktyczności, czyli funkcjonalizmu. Piękne było tylko to, co użyteczne, a modne hasło: mniej znaczy więcej.

Po wojnie pomysły modernistów podchwycili i twórczo wykorzystali komunistyczni ideolodzy. I w ten sposób dom stał się blokiem, a człowiek — użytkownikiem tzw. jednostki mieszkalnej.

W Polsce wielka płyta pojawiła się dość późno. Pierwszy blok w tej technologii wybudowano na warszawskich Jelonkach dopiero w 1957 r. Największy rozkwit przeżywała w latach 70. — gdy w Europie Zachodniej ostatecznie z niej zrezygnowano. Dlaczego? Ekipa Gierka dostrzegła w wielkiej płycie szansę; pomocą w realizacji nowego mieszkaniowego programu miały być tzw. fabryki domów — wielkie wytwórnie prefabrykatów. Do końca 1980 roku powstało ich w Polsce niemal 150.

Dziś pamiątką po nich są ogromne betonowe przestrzenie, zajmujące całe połacie polskich miast. Przygnębiający pejzaż. Bloki: brzydkie, wzniesione często z użyciem materiałów szkodliwych dla zdrowia (choćby azbestu), no i drogie w eksploatacji.

Dobry i zły przykład

Wbrew katastroficznym przepowiedniom, betonowe bloki nie rozpadną się w przyszłości. Zdaniem budowlanych ekspertów: mają się dziś całkiem dobrze.

— Osiedla wielkopłytowe często miały ciekawe aranżacje przestrzenne i dobre założenia urbanistyczne. Niestety, nie wszystko zrealizowano. Tam, gdzie infrastruktura osiedlowa nie powstała, do dzisiaj bloki stoją w szczerym polu — przypomina Grzegorz Buczek, architekt i urbanista.

Rezultat? W nowych, rozrzuconych po obrzeżach osiedlach miast mieszkańcy czują się obco, a alienacja z czasem się pogłębia.

— Coraz więcej wielkich osiedli mieszkaniowych to obszary koncentracji ubogiej ludności. Rośnie segregacja społeczna, poszerza się gama rozmaitych patologii. Postępuje też degradacja budynków — wylicza prof. Grzegorz Węcławowicz.

I dlatego, jego zdaniem, wielka płyta jest nie tylko problemem otaczającej nas przestrzeni, ale też poważnym wyzwaniem społecznym.

Laboratorium za granicą

Jak poradzili sobie z nim nasi zachodni sąsiedzi? Dla niemieckiego rządu modernizacja wielopłytowych osiedli jest priorytetem. W ogólnonarodowym programie uczestniczy około 250 miast i gmin, w tym osiem dzielnic Berlina. Najwięcej takich miast jest w Saksonii (aż 82) i w Turyngii (62).

Plan zakłada m.in. demontaż wyższych pięter wielkopłytowych wieżowców — z bloków 10-12-piętrowych powstają 4-5-piętrowe, z układem tarasowym. Inne założenia? Rozrzedzenie zabudowy osiedli przez wyburzenie części budynków i postawienie w ich miejsce nowych obiektów — m.in. pasaży handlowych, upowszechnienie małych ogródków.

Modernizowane bloki zmienią się nie do poznania. Pojawią się w nich windy zewnętrzne, a w ciemnych dotychczas kuchniach i łazienkach — okna. Program pochłonie prawie 2,7 mld euro. Znaczna część tej sumy zasili finansowanie wyburzeń: w ciągu ośmiu lat 350 tys. mieszkań. To jakby zrównać z ziemią całe zasoby mieszkaniowe Łodzi i Kielc albo Krakowa i Katowic.

Recykling z wielkiej płyty

Powodem tak radykalnych kroków stała się masowa ucieczka Niemców z wielkiej płyty. Pustostany to prawie 1,3 mln mieszkań (czyli mniej więcej tyle, ile deficyt mieszkaniowy w naszym kraju).

Gigantyczna skala masowych wyburzeń wywołała inny problem: a co z gruzem? No i pojawiły się pomysły, by wielką płytę potraktować niby zużyte części samochodowe: po starannej rozbiórce te elementy mogłyby znaleźć ponowne zastosowanie przy wznoszeniu nowych budynków.

Tę ideę podchwycili prywatni przedsiębiorcy. Dla niemieckiej firmy Conclus wielkie, szare bloki to skład materiałów budowlanych. Kupuje stare „części” po cenie równej kosztom wywiezienia. Potem pracownicy dopasowują płyty do siebie, wycinają otwory i dodają zewnętrzne wykończenie. Konstrukcja domku jednorodzinnego ze zużytych płyt zajmuje tydzień. Koszt budowy — o 30 proc. niższy niż w tradycyjnych technologiach. Tak wzniesiono już kilka willi w Cottbus. Nowy pomysł wykorzystania tysięcy „betonowych części” zdobył uznanie zarówno niemieckiej, jak i brytyjskiej prasy. Podchwycili go Węgrzy: na południu kraju stanęły pierwsze tanie domy jednorodzinne i szeregowe z używanej niemieckiej wielkiej płyty. Do podobnych przedsięwzięć przymierzają się też Czesi.

Bez jasnej wizji

W Niemczech program modernizacji wielkiej płyty wystartował w roku 2002, a jego zakończenie planowane jest na 2009 rok. A co u nas? Prawie nic.

Na razie budynki z wielkiej płyty modernizuje się od zewnątrz. Wymienia się w nich stolarkę okienną z drewnianej na plastikową, zmniejsza powierzchnie okien na klatkach schodowych, unowocześnia instalacje centralnego ogrzewania i dokłada zewnętrzne ocieplenie. Ale… Zdaniem naukowców z PAN, roboty prowadzone są chaotycznie i wybiórczo. W dalszym ciągu nie ma w tej sprawie spójnej polityki.

— Brakuje wizji. Jedynym narzędziem pomocy finansowej, stworzonej z myślą o budynkach z wielkiej płyty, jest ustawa termomodernizacyjna. A to za mało. Nie ma wciąż ustawy o rewitalizacji — sumuje prof. Węcławowicz.

A jakie będą skutki tych zaniechań?

— Osiedla z wielkiej płyty pozostaną trwałym elementem struktury miasta i istotną częścią zasobów mieszkaniowych. Tyle że ich atrakcyjność i gęstość zaludnienia będą spadać. Pogłębią się też różnice między osiedlami. Z czasem i u nas mogą pojawić się pustostany — przewiduje profesor.

Co dalej? Minorowo. Skąd wziąć gigantyczne środki na rewitalizację wielkopłytowych gmachów? I gdzie mieliby się wyprowadzić ludzie z tych domów? W walce z degradacją wielkiej płyty latami jesteśmy skazani na półśrodki.

Tak albo tak

Ze zunifikowanych klocków można było budować lepiej i gorzej. W Warszawie pozytywnym przykładem (toutes proportions gardees) jest Ursynów, a negatywnym — osiedle Wrzeciono. A skąd o tym wiadomo? Ano z badań. Ponad 56 proc. mieszkańców Wrzeciona nie czuje się bezpiecznie na swoim osiedlu, na Ursynowie uważa tak 32 proc. ankietowanych — oto rezultaty projektu badawczego Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk pod kierunkiem prof. Grzegorza Węcławowicza.

— Od początku Ursynów jest dzielnicą inteligencji. Ma zróżnicowaną zabudowę: budynki o różnej wysokości, często niskie, zaledwie trzykondygnacyjne. Widać dużo terenów zielonych i lokalną infrastrukturę, a w niej — sklepy i usługi. W ten układ przestrzenny dobrze wpisują się nowo powstałe osiedla deweloperskie, co sprzyja integracji miejscowej społeczności — mówi profesor.

Na Wrzecionie zaś, pierwotnie dzielnicy robotniczej, dziś nowo powstające osiedla odgradzają się od wielkopłytowej zabudowy.

— Nie ma wspólnej przestrzeni publicznej, która w naturalny sposób łączyłaby wszystkich mieszkańców. No i podziały stopniowo narastają. Sprzyja to degradacji osiedli z wielkiej płyty — podkreśla profesor.

Agnieszka Zielińska

Foto: Borys Skrzyński, Studio 3/3, Agencja Gazeta, Forum

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA ZIELIŃSKA

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / / A mury runą, runą, runą… Ale nie u nas