A serce rzucam za przeszkodę

Przejmuje niemiecką firmę, wciąga w wir biznesu kreatora mody, skacze przez górę, o którą niejeden się potknął.

Andrzej Wodzyński, właściciel Ceramiki Tubądzin, wierzy, że w starciu z rynkiem jego pomysł na biznes będzie jak skała.

Wyświetl galerię [1/3]

Andrzej Wodzyński Marek Wiśniewski

Osią receptury jest ilasta skała osadowa, nieraz grzęźliśmy w niej po kostki. Jak na skałę jest zupełnie licha, miękka, tłusta, ale jednocześnie pożądana jako źródło dobrobytu od kilkudziesięciu wieków. Z niej właśnie powstają płytki ceramiczne, w których produkcji polskie firmy radzą sobie wcale nieźle na europejskiej scenie. Branie na towar było niemal od zawsze, historycy dogrzebali się ozdabianych terakotą pałaców z czasów sięgających 2-3 tysięcy lat przed narodzeniem Chrystusa.

Przepis na płytkę ceramiczną z pozoru jest banalny: trochę składników prosto z ziemi, a po ulepieniu odpowiedniej formy wizyta w piecu. Jednak dla Andrzeja Wodzyńskiego ceramika w tej formie jest już passe. Bo teraz do ilastej mazi dodaje ekstra składniki — marketing i design, wyrywając się z kręgu marketowych promocji. Ryzykuje całym majątkiem, wykupując udziały współwłaścicieli Ceramiki Tubądzin i rzucając wyzwanie regionalnym tuzom oraz zastępom hiszpańskich i włoskich fabryk. Zresztą robi to zgodnie z wyznawaną przez siebie maksymą, że jeśli polować, to na grubego zwierza, z planem i bronią odpowiedniego kalibru.

— Wprowadzenie kolekcji płytek ceramicznych tworzonych przez Macieja Zienia było odważnym ruchem. Powiedziałbym — rewolucyjnym — mówi 63-letni biznesmen.

Właściciel konglomeratu zatrudniającego ponad 1 tys. osób i mającego ponad 300 mln zł przychodu rocznie słynie w okolicy z kulinarnego zacięcia. Jego specjalnością jest tatar z jelenia. Słynie też z czegoś innego: że także w biznesie woli gotować na wolnym ogniu, nieraz tylko dorzucając wyrazistych przypraw. Fast food nie wchodzi w grę, w końcu w ceramice siedzi już od 30 lat, z czego każdy kolejny naznaczony był wzrostem wartości firmy.

Ozo vs Opo

Ozo — tak miejscowi mówią na Ozorków nieopodal Łodzi, gdzie Ceramika Tubądzin ma najnowszą fabrykę. Zresztą w okolicy podobnych zakładów pełno, od półtora wieku środkowa Polska, szczególnie Opoczno („Opo” w pracowniczym slangu), słynie z produkcji ceramiki. Tubądzin, historyczna wieś nieopodal Sieradza, trafił na mapę tej gałęzi przemysłu nieco przypadkowo, sporo wcześniej, nim na scenę wkroczył Ozorków. Ot, technolog pracujący w Opocznie spotyka przy jakiejś błahej okazji Zygmunta Kaźmierskiego. Coś między nimi iskrzy, choć Kaźmierski — o dziwo — z ceramiką nie ma nic wspólnego. Za to każdy wichajster zmontuje w trymiga, nowinki ma w małym palcu.

— Mój partner był z wykształcenia specem od maszyn rolniczych. Natomiast ja pochodzę z Opoczna — tłumaczy Andrzej Wodzyński.

Doświadczenie zdobywał w wydziałach tamtejszej fabryki, m.in w piecowni i szkliwierni. Przez powojenne lata Opoczno było jedynym liczącym się zakładem w segmencie ceramiki, tak prowadziły tory gospodarki planowej. W 1983 r. duet Wodzyński i Kaźmierski miał już jednak inne plany — zostawił etaty, socjal i spokojny sen na rzecz małej szklarni na razie w Bartochowie (oczywiście w woj. łódzkim).

— Akurat minął boom na sadzonki, szklarnia stała pusta. W sam raz na chałupnictwo ceramiczne. Zimą było ciężko, ziąb. Latem? Trochę gorzej, 60 stopni na plusie, wiadomo, nikt nie przejmował się BHP, gdy pod bramą kolejka chętnych na towar — żartuje Andrzej Wodzyński.

Zassani w spiekocie

Ssanie na wszystko, co wyjeżdżało ze szklarni — taki obrazek pamiętają mieszkańcy Bartochowa. Dominowały proste wzory i nieskomplikowane podejście do tematu, wynikające z braku surowców, ale i z wyniku gry popytu i podaży. — Jeździliśmy po Polsce, zbieraliśmy odpady od przemysłu i hajda do pieca. Klient nie był wybredny, grunt, że było co przykleić. Bo co, jak co, ale nasza ceramika jakość miała przyzwoitą — tłumaczy właściciel Tubądzina, dziś kontrolującego około 15 proc. polskiego rynku. W szklanej spiekocie wytrzymali bite cztery lata. Nie było dnia, żeby nie brakowało towaru dla tłumu chętnych. By temu zaradzić, przystosowali starą bukaciarnię w Tubądzinie, kolejny wygaszony obiekt na mapie.

Od razu zapalili się do rozwoju — firmę widzieli ogromną. — Bukaciarnia wpadła w dołek, kiedy Amerykanie odmówili dalszej współpracy przy zakupie mięsa. Nie mieliśmy ani krztyny wątpliwości, że obejdziemy się i bez mięsa, i bez Amerykanów. Tylko maszyn nam brakowało, więc zbudowaliśmy je sami. Efekt? Kolejki pod zakładem jeszcze się wydłużyły. Ludzie się awanturowali, że przyjechali po cztery palety, a są cztery paczki. A my wiedzieliśmy, że musimy biec jeszcze szybciej, bo inaczej nasze miejsce zajmą inni — tłumaczy Andrzej Wodzyński.

Jana od trabantów

— Ale ja przez was trafię do paki! Stasi już pewnie o wszystkim wie — Frau Jana, dyrektor jednego z zakładów przemysłowych z NRD, zanosiła się szlochem. Bo ona ma dziecko, dobrą pracę i chciała bratniemu narodowi pomóc, sprzedając park maszynowy. A tu Centrala Handlu Zagranicznego wsadziła ją na minę. — Przecież wy jesteście prywaciarze! — krzyczała, machając kwitami z wypisanymi sumami, przeliczanymi z rubli transferowych. Ale było już za późno, maszyny przyjechały do Tubądzina. Polscy prywaciarze dali jej słowo honoru, że jeśli chce, może zacząć u nich pracę, od zaraz. Jana wróciła do siebie, czekając na wizytę smutnych panów. I po miesiącu dzwoniła, że nic, cud chyba, zapomnieli o niej. — Tymczasem walił się mur berliński i jakoś nam zbrzydł trabant. Zaczęliśmy marzyć o mercedesie wśród maszyn, takim włoskiej produkcji. Był mały problem: nie było nas na niego stać, choć wiedzieliśmy, że będziemy go w stanie bezproblemowo spłacić — mówi właściciel Tubądzina, przypominając historię kredytu z Banku Światowego.

Cień tragedii

Wtedy, jak zawsze, stanęli na głowie, żeby dostać te kilka milionów dolarów. Zanim je spłacili — jako nieliczni wśród firm wspartych przez ten bank — musieli pokazać białym kołnierzykom, że ich pomysł na biznes nie jest kruchy niczym porcelana. Bankierzy domagali się planów, cyferek, analiz rynku, strategii marketingowych, raportów dotyczących trendów. Na technologii i możliwościach produkcyjnych się nie znali. Usiedli razem w salce przy tubądzińskim zakładzie. Zniecierpliwieni finansiści doczekali się mocnej odpowiedzi. Wodzyński z Kaźmierskim pokazali im okno, za którym wił się sznur dostawczaków pod zakładem, a załączony obrazek okrasili plastycznym komentarzem: — O jakich strategiach, o jakich trendach na rynku chcecie rozmawiać? Pod fabryką czeka kilkanaście ciężarówek, a ich kierowcy wyrywają sobie jeszcze gorące płytki. I ochrzaniają nas, że wracają z niemal niczym. Podziałało. Pierwsza włoska linia, krok milowy Tubądzina, ruszyła pod koniec 1995 r. I tuż po tym w wypadku samochodowym ginie Zygmunt Kaźmierski...

— Mój partner, mój przyjaciel — mówi o nim Andrzej Wodzyński. Ale wówczas, nawet w cieniu tragedii, wiadomo było, że nie można zwalniać tempa pedałowania, by nie spaść z roweru. Do władz firmy dokooptował rodzinę wspólnika i pozostawał wierny zasadzie, że większość zysku idzie na inwestycje i kapitał firmy. Równowaga została zachowana.

Płytkie Chiny

Patrząc na 30 lat ciągłego wzrostu Tubądzina, można wpaść w pułapkę iluzji wiecznie rosnącego rynku o małej konkurencji. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Od kilkunastu lat wajchę trzyma tu klient — wybredny, porównujący ceny, wahający się. Zakład w specjalnej strefie ekonomicznej w Ozorkowie powstał jeszcze w czasach, gdy klienci wybrzydzali, ale jednocześnie remontowali i budowali na potęgę. Teraz jest falowanie i spadanie, co odczuł m.in. Korzilius, XIX-wieczna niemiecka marka, która, gdy wpadła w kłopoty, została przejęta przez Ceramikę Tubądzin.

— U ojców chrzestnych naszej branży — w Hiszpanii — do wzięcia za symboliczne euro jest wiele firm. We Włoszech podobnie. Mają świetne maszyny, dobre wzornictwo, tradycje, ale nikt ich nie kupuje. Bo rynek zbytu nie rośnie, a konkurencja — owszem — komentuje Andrzej Wodzyński i zaczyna dłuższą opowieść o płytkach z Chin. Tanich, szeroko dostępnych, ale zarazem niepewnej jakości. Z kolei w Europie wszystko jest na wyższym poziomie: najlepsze maszyny do produkcji i materiały, taki krzemian cyrkonu ściągany jest z Australii. Do tego zestawu Ceramika Tubądzin dokłada wyjątkowej jakości glinę z okolic Doniecka. Rezultat? Widoczny — wyższa jest też cena. A do tego fabryki w samych tylko magazynach trzymają większość swojego kapitału, Tubądzin ma w ten sposób zmagazynowane dziesiątki milionów złotych. Bo klient na płytki poczeka maksymalnie 48 godzin, a wzorów jest ze 3 tysiące.

— Dwa razy więcej w średnim terminie rynek nie urośnie. Zatem wzrostu trzeba szukać w niszy — tłumaczy przedsiębiorca z Opoczna, pytany o „pana od sukienek”.

Być jak Versace

Spec od damskiej garderoby to Maciej Zień, najmocniejsza marka w polskiej modzie. Kilka lat temu Andrzej Wodzyński postawił bowiem na sztukę i styl w ceramice. Nie zawiódł się: kolekcje Zienia, wykorzystujące druk cyfrowy i trójwymiarowe płytki, z miejsca stały się obiektem pożądania Polek. Właściciel Tubądzina przeformatował salony sprzedaży, udekorował je, wstawił do nich cyfrowe ekrany z wizualizacjami kolekcji w dowolnej przestrzeni. Z tym Zieniem nie strzelał w sufit — w końcu swoje kolekcje płytek mieli wcześniej Valentino i Versace. Cel był jeden: trafić w gusta kobiet z wysokomarżowym produktem, przecież to panie podejmują ostateczną decyzję, panowie najwyżej wyciągają kartę kredytową. Udało się. — Zaczęliśmy ustawiać manekiny na naszym stoisku na targach w Bolonii. W następnym roku manekiny miało kilkanaście innych firm. My wówczas przyjechaliśmy z kolekcjami Zienia z nazwami słynnych miast. Też zostaliśmy skopiowani. Schlebia nam, że na targach nasze płytki obfotografowują nie tylko Chińczycy, ale także Włosi — śmieje się Andrzej Wodzyński i zapewnia, że sztuka leży mu także na sercu, a nie tylko w portfelu. Współpraca z łódzką ASP, ściąganie do Ozorkowa i Tubądzina speców od sztuki użytkowej łączą się z jego pojęciem piękna. I choć wnętrza firmowych budynków naznaczone są przemysłową, niespecjalną stylistyką początku wieku, to na ścianach wisi sporo grafik i obrazów. — Niektórej sztuki nie rozumiem, jest zbyt skomplikowana, żebym ją pojął, jeśli mi się podobają to impresjoniści — mówi Andrzej Wodzyński i tę opinię okrasza anegdotą o pewnym łódzkim malarzu, którego płótno zdobyło pierwszą nagrodę na wernisażu w Paryżu. Triumf poprzedziła debata jury nieświadomego, że wskutek balangi artysty dzieło zawisło do góry nogami.

Skok szaleństwa

Latem 2013 r. po wcześniejszych długich negocjacjach z akcjonariatu Ceramiki Tubądzin odeszli członkowie rodziny dawnego wspólnika. To rozstanie miało jednak swoją cenę i to — według powszechnej opinii w branży — niemałą. Andrzej Wodzyński przez pewien czas szukał inwestora gotowego spłacić Kaźmierskich. Nie znalazł. Na pytanie, czy teraz, wobec jasno wytyczonej ścieżki, jest już syty, energicznie zaprzecza.

— Zawsze lepiej być głodnym niż przejedzonym. Owszem, mam satysfakcję, wierzę w firmę. Inaczej nie brałbym kredytów na spłatę wspólników. Inaczej nie ściągałbym tu Mirka — mówi. Mirek to Mirosław Jędrzejczyk, niegdyś prezes Cersanitu z ceramicznego imperium Michała Sołowowa. Obecnie prezes Ceramiki Tubądzin (choć i tak do Wodzyńskiego mówi per „szefie”). Te niemałe kredyty do spłaty to dla niego po prostu górka do przekopania.

— Im jest większa, tym szybciej trzeba machać szuflą — tłumaczy Mirosław Jędrzejczyk, a Andrzej Wodzyński tylko kiwa głową i przyznaje, że coś jednak z życia ma, nie tylko samo przekopywanie górek. To coś to m.in. stajnia nad Wartą nieopodal Sieradza, gdzie trzyma ukochane konie. Po tym jak sprzedał motocykle szosowe („za duże ryzyko, żona chciała jeździć”), kupił motocykl enduro na bezdroża. Okazało się jednak, że i tak najlepiej pokonywać je na końskim grzbiecie.

— W młodości trenowałem WKKW i to całkiem serio. Została mi po tym nie tylko kolekcja uprzęży — zaznacza. Znajomi biznesmena zgodnie powtarzają, że o czym jak o czym, ale przy winie o koniach, kobietach, motocyklach może rozprawiać godzinami.

— Lubię ostre ogiery, takie, które muszę hamować. Neposa, cudownego konia, okiełznywałem długo. Potem ufaliśmy sobie w 100 procentach, np. podczas spotkania przyjaciół skoczyłem nad biesiadnikami. Wariactwo — śmieje się Andrzej Wodzyński. A strach? Tu jest jak w biznesie — u najlepszych zamiast obawy jest wiara. — Jeśli chce się skoczyć przez przeszkodę, trzeba wpierw rzucić za nią serce, być myślami już po drugiej stronie. Pewny siebie jeździec powoduje, że koń się nie waha, idzie w ogień — mówi właściciel Tubądzina. Szaleńczy, legendarny skok nad imprezowiczami powtórzył jeszcze dwukrotnie. &

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI, FOT. MAREK WIŚNIEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / A serce rzucam za przeszkodę