Absolwenci zasilają szeregi bezrobotnych
Brak pracy najbardziej dotyka ludzi młodych. Wykształcenie, które jeszcze niedawno dawało gwarancję dobrej pracy i awansu, teraz może się okazać bezużyteczne na rynku pracy, preferującym specjalizacje związane z nową gospodarką. Liczba absolwentów jest coraz większa i o zatrudnieniu muszą oni myśleć jeszcze przed dyplomem.
W 1995 roku po raz pierwszy podjęło pracę 211 tys. absolwentów szkół różnych szczebli (41,6 tys. po wyższych uczelniach), w 1998 — 233,4 tys. absolwentów (47,4 tys. po szkołach wyższych). Ale w 1999 roku pracę znalazło już 195,8 tys. absolwentów, w tym 47,5 tys. magistrów. Dowodzi to, że przy spadku zatrudnienia, absolwenci wyższych szkół mieli największe szanse na pracę. W znacznie gorszym położeniu znajdują się osoby najniżej wykształcone, które szukały pracy głównie w gałęziach produkcyjnych.
Na rynek pracy wchodzą roczniki wyżowe. O ile w drugim kwartale 2000 roku w gospodarce zatrudnionych było ogółem 14,52 mln osób, w tym pracowników w wieku powyżej 60 lat 730 tys., o tyle do 2005 roku o zatrudnienie będzie się starać prawie 3,5 mln poszukujących swojej pierwszej pracy, a na emeryturę przejdzie około 1,5 mln pracowników.
Ucieczka do szkoły
Bezrobocie dotyka przede wszystkim ludzi młodych i przez najbliższe pięć lat zjawisko to przybierze jeszcze większą skalę. Jedną z dróg ucieczki przed bezrobociem było dotychczas podejmowanie studiów. Inwestowanie we własne kwalifikacje nie zwraca się jednak w takim tempie, jakiego życzyliby sobie absolwenci studiów magisterskich i licencjackich. Ich liczba cały czas rośnie i w ślad za tym wzrasta wśród nich konkurencja na rynku pracy. Jednocześnie firmy przyjmują najchętniej ludzi już z pewnym doświadczeniem i osiągnięciami zawodowymi.
Kryteria zatrudnienia
Wzrost liczby ludzi wykształconych wchodzących na rynek pracy, przy niższym popycie na pracowników, komputeryzacji i automatyzacji pracy, sprawiają, że kryteria wyboru na wolne stanowisko są coraz ostrzejsze, a wymagania coraz wyższe. Zresztą częstokroć wysokie wymagania jednej strony spotykają się ze znakomitymi kwalifikacjami drugiej. Jeszcze kilka lat temu magister posługujący się obcym językiem, pracujący na komputerze i jeżdżący własnym samochodem miał szansę nie tylko pracować i nieźle zarabiać w zagranicznych spółkach zakładanych w Polsce, ale często zajmował w nich stanowisko kierownicze. Dziś poziom oczekiwań pracodawcy zmusza do odbywania dodatkowych kursów i szkoleń, czasem opłacanych przez firmę. Popularność kursów językowych dowodzi, że język obcy jest jednym z wymogów podstawowych na różnych szczeblach drabiny służbowej. Wiedza o komputerze nie ogranicza się do obsługi podstawowego programu na danym stanowisku — wymagana jest praca w sieciach wewnętrznych, swobodne poruszanie się w Internecie, obsługa baz danych, archiwów elektronicznych itp.
— Bronią młodych ludzi w walce o pracę często jest doskonałe wykształcenie, doświadczenie za granicą, znajomość języków obcych. Ale im wyższe stanowiska wchodzą w grę, a zaobserwowałem tę tendencję i w Belgii, i w Wielkiej Brytanii, i we Francji, a teraz zaczynam zauważać w Polsce, tym większe znaczenie ma doświadczenie i udokumentowane sukcesy zawodowe kandydata. Oczywiście nie znaczy to, że akademickie wykształcenie przestaje być ważne, ale jego znaczenie jest często mniejsze w porównaniu z zawodowymi osiągnięciami kandydata — podkreśla Patrick Craps, dyrektor polskiego oddziału Nicholson International.
— Oczekiwania są coraz wyższe i można nawet powiedzieć, że ukształtował się pewien nowy standard wymagań — twierdzi Małgorzata Tomasik, dyrektor personalny w firmie Arthur Anderson.
Łapanie kontaktu
Problemy ze znalezieniem pierwszej pracy zmuszają uczniów i studentów do myślenia o zatrudnieniu jeszcze przed końcem szkoły. Podejmują oni współpracę z firmami, zapoznają się ze strukturą przedsiębiorstw, z którymi chcą związać swoją przyszłość. Bywa i tak, że jeszcze w trakcie nauki współpracujący z firmą młody człowiek jest już zdeklarowanym oczekującym na określone stanowisko. Dla firmy z kolei nie jest on już anonimowym człowiekiem z ulicy, przychodzącym po pracę, ale sprawdzonym i godnym zaufania kandydatem.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat, łatwiej było dostać pracę i awansować w spółkach, które dopiero rozpoczynały swoją działalność. Firmy z kapitałem zachodnim szukały polskich kadr, które przejmowałyby ich kierownictwo w miejsce zagranicznych menedżerów, którzy po zakończonych kontraktach wracali do swoich krajów.
— Jeszcze kilka lat temu firmy zachodnie przyjmowały pracowników nie przyglądając się ich rzeczywistym kompetencjom. Arthur Andersen opracował odpowiednie techniki w tym zakresie już na starcie. Teraz pracodawcy wiedzą, jak sprawdzać kwalifikacje zgłaszających się. Wypracowali też metody weryfikacji informacji, które podają im kandydaci — dodaje Małgorzata Tomasik.
Danuta Hernik