Adres internetowy stał się prawdziwą wartością

Kamil Kosiński
opublikowano: 2004-01-07 00:00

Ceny, jakie uzyskują adresy internetowe na rynku wtórnym, rzadko są ujawniane. Ceny wywoławcze oscylują w granicach 20-40 tys. zł.

— Witam wszystkich na stronie firmy Microsoft! Strona istnieje od 4.11.2000 r. i nie ma nic wspólnego z Microsoft Corporation z Redmont i ich produktami. Proszę o niezadawanie pytań na temat Windows, Office oraz innych programów, z którymi macie bez przerwy problemy — taki tekst zobaczy każdy, kto postanowi obejrzeć stronę internetową znajdującą się pod adresem microsoft.pl lub microsoft.com.pl.

Firma Billa Gatesa próbuje obecnie przejąć prawa do tych domen, ale co z tego wyjdzie — czas pokaże. Podobne problemy mają zresztą i inne korporacje. To, że międzynarodowe koncerny mają z tego powodu kłopoty, wynika głównie z tego, że są one firmami..., międzynarodowymi. Jeszcze do niedawna nie wyrażały one zainteresowania rejestrowaniem adresów w domenach pl i com.pl, wychodząc z założenia, że będą się posługiwać wyłącznie adresem korporacyjnym w domenie com, skąd zainteresowani będą mogli się przenieść do serwisu zredagowanego po polsku, ale nie związanego z oddzielnym adresem internetowym.

Tysiące procent zysku

Proceder rejestrowania adresów internetowych bez faktycznej intencji ich używania, a jedynie w celu ich późniejszej odsprzedaży nazywany jest cybersquatingiem. Trudno określić, ile można na tym zarobić. Prawo do posługiwania się przez rok adresem w domenie pl to 200 zł netto. W przypadku com.pl — 150 zł. To jednak oficjalny cennik NASK-u, będącego głównym administratorem wszystkich domen zakończonych literami pl. Ceny obowiązujące na rynku wtórnym są skrzętnie skrywaną tajemnicą. W Polsce najdroższe transakcje miały oscylować wokół 100 tys. zł. Są to jednak tylko pogłoski i trudno je zweryfikować.

— Rzeczywiście, kiedyś kupiliśmy na rynku wtórnym adres związany z marką Idea. Ale od kogo i za ile, nie podamy — ucina Jacek Kalinowski, rzecznik PTK Centertel.

Z informacji zebranych w kancelariach prawnych, które miały z takimi sprawami do czynienia, wynika, że ceny wywoławcze mieszczą się najczęściej w granicach 20-40 tys. zł. Przy czym, z typowymi cybersquaterami firmy z reguły w ogóle nie chcą pertraktować.

— Za odkupienie domeny oracle.pl zażądano od nas 46 tys. zł. Nie rozpatrywaliśmy jednak tej propozycji — zaznacza Paweł Piwowar, prezes Oracle Polska.

Aby ściągnąć klientów

Łatwo się jednak mówi, gdy dysponuje się przynajmniej domeną oracle.com.pl. Gorzej, gdy nie kontroluje się żadnej z dwu najbardziej intuicyjnych krajowych domen. Można mieć bowiem do czynienia nie tyle z typowym cwaniaczkiem, żerującym na cudzym gapiostwie, co z firmą chcącą tą drogą pozyskać klientów, którzy w innych warunkach poszliby do kogoś innego.

— Zwłaszcza w sytuacji, gdy mamy do czynienia z oznaczeniem popularnym wśród klientów danej branży jest to zjawisko niebezpieczne — łatwo może dojść do nieuczciwego przejęcia klienteli. Adres internetowy często zawiera chronione prawem oznaczenia przedsiębiorstw: znak towarowy i firmę. Nie muszą one być wcale tak znane jak Microsoft czy Coca-Cola. Wystarczy, że są popularne w jakiejś niszy rynkowej, a już wykorzystujący je w adresie WWW przedsiębiorca może ściągnąć do siebie klientów konkurencji — tłumaczy Szymon Gogulski, partner w kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak.

Trudno oszacować, ile można zarobić dzięki ściągnięciu potencjalnych klientów na swoją stronę WWW. Warto jednak odnotować, że są firmy, które — bez jakichkolwiek przejawów cybersquatingu —wkładają w to wiele wysiłku. Doskonałym przykładem z ostatnich tygodni są działania podejmowane przez spółkę lotniczą Air Polonia. Działa ona na rynku od 2001 roku, a ostatnio dołączyła do grona tzw. tanich linii lotniczych. Przy tej okazji z prasy, radia i telewizji można się było dowiedzieć, że przeloty tego typu oferuje Airpolonia.com. Firma nazwy nie zmieniła, a i pretensji do dziennikarzy też nie miała. Wszystko bowiem poszło zgodnie z planem.

— Taki był zamysł i tak chcemy promować nowe usługi. Chodzi o to, aby skierować potencjalnych klientów na nasz kanał sprzedaży — wyjaśnia Eryk Kłopotowski, rzecznik Air Polonii.

Najzabawniejsze jest w tym wszystkim to, że żaden z trzech samolotów latających w barwach tego przewoźnika nie nosi napisu airpolonia.com. Jedyną taką maszynę można zobaczyć... na zdjęciu w internecie. Nic też nie wskazuje na to, aby sytuacja miała się w najbliższym czasie zmienić.

— Ten Boeing w internecie to chwyt graficzno-reklamowy, który miał utrwalić adres naszej strony wśród internautów. Malowanie prawdziwych samolotów pozostanie na razie nie zmienione. Domalowanie choćby tak niewielkiego elementu jak „.com” wiąże się z unieruchomieniem samolotu na kilka dni, a na to nie możemy sobie pozwolić — podkreśla Eryk Kłopotowski.