Właściwie wróciła do źródeł sojuszu, który w 1949 r. został zawiązany przez 12 państw w reakcji na narastające zagrożenie ze strony stalinowskiego Związku Radzieckiego. Na samym początku przyjęta została przez NATO doktryna tzw. wysuniętej obrony, zakładająca w wypadku wojny przeniesienie działań bojowych na terytorium państw bloku moskiewskiego – czyli wtedy m.in. Polski – które w 1955 r. zawiązały Układ Warszawski w odpowiedzi na akcesję Niemieckiej Republiki Federalnej do wrażego zachodniego sojuszu.
Deklaracja przyjęta w Madrycie podkreśla, że NATO jest sojuszem obronnym i nie stanowi zagrożenia dla żadnego państwa. W tym kontekście wypada przypomnieć, jak dosłownie skonstruowany został solidarnościowy art. 5 traktatu waszyngtońskiego, którego symboliczny lejtmotyw „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” sojusz zapożyczył od francuskich muszkieterów. Otóż napaść na którąkolwiek ze stron traktatu każdy z pozostałych sygnatariuszy traktuje jak atak na siebie, odpowiadając solidarnie i podejmując „działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Traktatowe zagwarantowanie państwowej suwerenności i decyzyjności „jakie uzna” bardzo niesłusznie jest pomijane. Madrycki szczyt wręcz rozpływał się nad jednomyślnością 30 państw, ale zdecydowanie łatwiej osiągać ją w słownych deklaracjach, niż w konkretnych decyzjach militarnych.
W ciągu 73 lat istnienia NATO uruchomiło art. 5 tylko i aż jeden raz. Za agresję wyczerpującą traktatowe kryteria uznano atak terrorystów w 2001 r. na World Trade Center i Pentagon. Oficjalna sojusznicza wieloletnia interwencja odwetowa w Afganistanie przyniosła tysiące ofiar, także po stronie wielonarodowego kontyngentu NATO, skończyła się zaś blamażem Zachodu w każdej kategorii – politycznej, militarnej, cywilizacyjnej, moralnej. Przećwiczenie w praktyce skuteczności art. 5 skończyło się gwałtownie przyspieszającą ewakuacją, która na końcu przybrała formę ucieczki. Wydarzyło się to zaledwie 10 miesięcy temu, ale w obszernej 22-punktowej deklaracji szczytu w Madrycie nie znalazło się na temat Afganistanu choćby słowo refleksji…

Przykre wspomnienia obecnie przykrył wróg niezrównanie potężniejszy i bliższy. Federacja Rosyjska oficjalnie uznana została w deklaracji za najważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa sojuszników oraz pokoju i stabilności w obszarze euroatlantyckim. Notabene miałem okazję obserwować z bliska również szczyt NATO w Lizbonie w 2010 r. Był to inny świat, wtedy drugiego dnia doleciał na obrady gościnnie prezydent Dmitrij Miedwiediew (Władimir Putin przeniósł się w latach 2008-12 na stanowisko premiera), zaś ówczesna koncepcja strategiczna NATO uznała Rosję za globalnego partnera. Było to już po wojnie Rosji z Gruzją oraz zablokowaniu przez Niemcy i Francję zaproszenia do członkostwa w sojuszu dla Ukrainy i Gruzji. Wtedy Rosja postrzegana była przez Zachód jako państwo specyficzne, ale cywilizowane i gościnne – wszak przyjmowała w 2014 r. zimowe igrzyska w Soczi oraz w 2018 r. mundial piłkarski. Niestety, od kilku lat postępował radykalny zwrot stosunków w złą stronę, którego przyczyny siedzą tylko w głowie Władimira Putina. Notabene car Kremla skomentował fatalny dla niego dorobek szczytu w Madrycie w stylu byłego podpułkownika KGB – że NATO to relikt zimnej wojny, który już dawno powinien zniknąć. Na to NATO raczej nie przystanie.
