Afrykarium w krainie czarów

Małgorzata GrzegorczykMałgorzata Grzegorczyk
opublikowano: 2015-02-27 00:00

Zoo jest jak królowa, którą spotkała Alicja: żeby stać w miejscu, musi biec. Wrocławskie to długodystansowiec z tempem sprintera.

Patrz, Zenek, tak jak w Stanach! — w tłumie gości we wrocławskim Afrykarium gigantyczne akwaria podziwia małżeństwo, sądząc po wypowiedzi jego piękniejszej połowy — oblatane w świecie. Jest wtorkowe przedpołudnie, zwykły dzień, ale w Afrykarium tłumy: rodziny, wycieczki przedszkolaków i uczniów, młodzież i dorośli.

Wszystkich wsysa tunel ze zwierzętami rafy koralowej, na razie sztucznej, bo 20 mln litrów wody wyprodukowanej w zoo dopiero za dwa lata będzie w 100 proc. wodą morską i wtedy będzie można zasadzić rafę. Napięcie rośnie. Akwaria są coraz większe, a ich mieszkańcy nie dość, że coraz pokaźniejszych rozmiarów, to coraz bardziej egzotyczni. Jeszcze ciekawiej jest, gdy ma się szczęście oglądać zoo z Radosławem Ratajszczakiem, dyrektorem.

Człowiek z zapleczem

— To jest selena, bardzo śmieszna rybka, bo jak się ustawi na wprost, to jej nie widać, taka cienka — opowiada i nie wyklucza, że — wzorem warszawskiego zoo — rybki mogłyby mieć sponsora, np. wrocławską Selenę.

— O, a to humu humu nuku nuku aa puaa — tak po hawajsku nazywa się ta ryba — dodaje z uśmiechem. Jego pracownicy twierdzą, że zna nazwy zwierząt po polsku, łacinie i w językach krajów, w których występują. To pasjonat. Od dziecka zajmuje się zwierzętami. Do zoo zaczął chodzić codziennie, gdy miał siedem lat. Prowadził notes z zapiskami, jakie zwierzę przyjechało, jakie się urodziło, co się w zoo zmieniło.

— Tata jest leśnikiem. Przywoził robaczki z lasu, stąd zainteresowanie zwierzętami. Mama, germanistka, zaszczepiła we mnie chęć do nauki języków — wspomina Radosław Ratajszczak. Od lat jeździ po świecie i bada zwierzęta. Zawodowo po raz pierwszy wyjechał w 1986 r. na stypendium do Jersey Wildlife Preservation Trust, organizacji zajmującej się gatunkami zagrożonymi wytępieniem. Był pierwszym przedstawicielem demoludów w historii kursu. Wszyscy pytali, czy jest komunistą. Odpowiadał niecenzuralnym, ale znanym na całym świecie wyrażeniem na „f” i dodawał: „Never was and never will be”.

Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku jeździł do Wietnamu — w sumie sześć razy, łącznie na prawie rok, więc zdążył się nauczyć podstaw języka. Organizował tam parki narodowe. Jako pierwszy biały człowiek widział kilka żyjących w tym kraju gatunków małp. Często jest w rozjazdach. Szukał m.in. zaginionych jeleni na wyspie Bawean w Indonezji, a w Laosie znalazł kilka zwierząt, które teraz identyfikują eksperci.

76 stron pomysłów

Radosław Ratajszczak jest dyrektorem wrocławskiego zoo od 2007 r. Wygrał w — pierwszym w Polsce — międzynarodowym konkursie z ponad 30 innymi kandydatami z całej Europy. Do ówczesnego wicedyrektora zoo w Poznaniu przekonały komisję referencje i program. — Mój miał 76 stron — uśmiecha się pod wąsem dyrektor.

— Dotychczasowe inwestycje i remonty, a było ich 230, to efekt tego planu. Trzymam się go w 90 proc. Zoo zbudowało m.in. wewnętrzne drogi i pawilon dla nosorożców indyjskich i okapi. No i największą dziś atrakcję miasta — Afrykarium. Największą atrakcją największej atrakcji Wrocławia są pingwiny. Może trochę dzięki filmowi o tych z Madagaskaru, ale pewnie raczej dlatego, że można je obejrzeć nie tylko standardowo, stojące na lądzie, ale także pod wodą, gdzie wyglądają jak fruwające ptaki.

A „fruwają” w swoim basenie (największym w Europie) bez przerwy, w tę i we w tę. W naturalnym środowisku są zagrożone — wpadają w sieci rybackie, giną z powodu wycieków. Kilkadziesiąt ptaków trafiło tu z ogrodów Francji, Wielkiej Brytanii i Gdańska, ale nigdy nie widziały tyle wody.

Trzy tygodnie temu wykluł się pierwszy mały, a w gniazdach we wgłębieniach skał jest kolejnych pięć jaj. — O, tam widać pingwina, który wysiaduje jajo. Koledzy mówili, że pingwiny nie pływają, że to mało ciekawe zwierzęta, ale gdy są dobrze pokazane, zupełnie zmienia się ich odbiór — twierdzi dyrektor. Wiadomo: zwierzęta rozmnażają się, gdy jest im dobrze.

— Nigdy nie zabrałbym się za hodowlę delfinów w naszym klimacie. Musiałyby mieć dziesięciokrotnie większy i dwukrotnie głębszy basen niż pingwiny. Koszty byłyby niewyobrażalne — mówi dyrektor.

Wybierając zwierzęta do Afrykarium, musiał też zrezygnować z takich, których nie można zdobyć. — Brakuje mi wydr afrykańskich niedostępnych w Europie. Są w hodowli w RPA, ale ze względu na ebolę nie można sprowadzać z Afryki żadnego ssaka. Ale przyjdzie czas — zapowiada kolejnego mieszkańca dyrektor.

Dziś w Afrykarium jest 200 gatunków, będzie 300.

Biznesowe podejście

Radosław Ratajszczak studiował biologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, a od 1981 do 2006 r. pracował w poznańskim zoo, gdzie przeszedł przez wszystkie szczeble kariery — od pielęgniarza po wicedyrektora, którym był przez 12 lat. Podobno już kilka razy były telefony z Poznania, żeby wrócił. Nie chce. We Wrocławiu czuje się jak ryba w wodzie.

W 2010 r. przekonał radnych, by przekształcić ogród zoologiczny w osobną spółkę. — Obserwowałem, co się stało z ogrodami zoologicznymi w byłym NRD po zjednoczeniu Niemiec i przekształceniu ich w spółki prywatne. To lepsza forma zarządzania. Ogród zoologiczny nigdy nie będzie dla miasta priorytetem, co jest naturalne, bo szkoły, przedszkola czy drogi są ważniejsze. W jednostce budżetowej, bez względu na to, ile się zarobi, ma się tyle samo pieniędzy, a to słaba motywacja.

Jako spółka możemy używać instrumentów finansowych: kredytu czy leasingu albo ubiegać się o wiele sprawniej o fundusze unijne. W przypadku jednostek budżetowych procedury są tak skomplikowane, że zanim udało się złożyć wniosek, konkurs się kończył — wspomina dyrektor. Dlatego na trwającą nieco ponad dwa lata budowę Afrykarium za 200 mln zł miasto nie wydało ani grosza. Budowę sfinansował PKO BP. Teraz przez 12 lat miasto i zoo będą spłacać raty — miasto kapitałowe, zoo odsetkowe. — Spółka to jest co prawda ból głowy. Oooo, widzi pani, płynąca kaczka od spodu — to bomba! Tak się powinno pokazywać te zwierzęta — przerywa dyrektor. W wodzie widać brzuch i płynnie machające płetwy.

— Ale nie ma innej drogi. Pieniędzy publicznych będzie coraz mniej, przynajmniej w naszym regionie, bo Szanghaj, Dubaj czy Hongkong mogą sobie pozwolić na szaleństwa. Dlatego trzeba się usamodzielnić — wyjaśnia Radosław Ratajszczak. Ale nie chodzi o zyski, zresztą w statucie spółki są one zapisane jako cel. — Celem ogrodu zoologicznego jest ochrona zagrożonych gatunków. Aby go realizować, potrzebne są pieniądze. Trudno oczekiwać od radnych Wrocławia, że będą chcieli wspierać ochronę szczura skalnego w Laosie.

Zwykle kraje, w których są ginące gatunki, nie mają pieniędzy. Zwierzętami zajmują się międzynarodowe organizacje lub zagraniczne ogrody zoologiczne. Teraz powoli dołączamy także my, pierwsi pracownicy jeżdżą za granicę ze wsparciem — opowiada Radosław Ratajszczak. Spółka nie może ponosić jednak strat. Dlatego już w 2012 r. dyrektor przekonał radnych, żeby podnieść ceny biletów z 10 do 30 zł. Od 2009 r. samowystarczalność ogrodu wzrosła z 25 do 95 proc. — Użyłem argumentu. O, widzi pani? Waruga — one budują największe na świecie gniazda o średnicy 2,5 m — przerywa nagle.

Stoimy teraz „za hipopotamami”, gdzie widzieliśmy z góry, jak trzy przytulone do siebie śpią z mordkami na kratce wentylacyjnej, przez którą leci ciepła woda w części z drzewami i namalowanym na ścianie krajobrazem afrykańskiego stepu. W olbrzymiej sali wysokiej na kilkanaście metrów swobodnie latają ptaki. Do samca warugi wkrótce przybędzie z Holandii żona. Ptaków przyjedzie więcej, zamieszkają w dżungli Kongo, części Afrykarium, gdzie jest ściana roślin (kilkadziesiąt tysięcy doniczek), a w wodzie krokodyle. Samiec warugi musi mieć szósty zmysł, bo na odległych o 20 m skałach zaczął budować gniazdo.

— Powiedziałem radnym — dyrektor wraca do przerwanego wątku — że koszty działania zwróciłyby się, gdyby bilet kosztował 30 zł. Miasto dopłacało do każdego zwiedzającego 20 zł. To jest w porządku w przypadku mieszkańców Wrocławia, którzy płacą tu podatki, ale dlaczego dopłacać innym? Zwłaszcza że np. w Niemczech bilet tylko do oceanarium kosztuje 26 euro. To ich przekonało — opowiada Radosław Ratajszczak.

Inni ludzie

Za swój największy sukces uważa jednak zmianę, która zaszła w pracownikach. — Zrozumieli, że zoo to nie trzymanie zwierząt w klatkach. Uwolnieni z kagańca, potrafili dużo zrobić — uważa dyrektor. Zastał zoo ze 150 pracownikami, wśród których nieliczni mieli mniej niż 50 lat, a osób z wyższym wykształceniem biologicznym była garstka. Dyrektor nikogo nie zwalniał, ale sporo osób — podobnie jak wieloletni dyrektor zoo Antoni Gucwiński — przeszło na emeryturę. Dziś połowa pracowników ma wykształcenie biologiczne.

— Zainteresowanie pracą w zoo jest ogromne, dostajemy setki podań, mimo że nie płacimy dużo, choć godnie. Wszystkim kandydatom mówię, że jeśli chcą zarabiać miliony, niech idą pracować do banku. Ja mogę im zaoferować ciekawą pracę i godną płacę — mówi dyrektor wrocławskiego zoo. Spółka zatrudnia 170 osób, a w firmach z nią współpracujących jest drugie tyle.

W biegu

Przez lata wrocławskie zoo było najbardziej znane w Polsce dzięki programowi telewizyjnemu małżeństwa Gucwińskich. Jednak kilka lat temu podupadło i w 2006 r. odwiedziło je tylko 360 tys. osób. — Zoo jest jak królowa z Alicji w Krainie Czarów: żeby stać w miejscu, musi biec. Musi się ciągle zmieniać, tak jak zmieniają się poglądy na pokazywanie zwierząt albo pojawiają się kolejne zagrożone gatunki. Gdy ktoś odwiedzi zoo 10 razy i wciąż będzie widział to samo, w końcu się znudzi — wyjaśnia Radosław Ratajszczak.

Teraz chce się skupić na starej części ogrodu, gdzie jest sporo obiektów zabytkowych, które mogą służyć różnym celom. Zamierza ściągnąć goryle, dla których powstanie całoroczny obiekt. Słoniarnię czeka modernizacja i w zoo ma się pojawić nowa rodzina słoni. To projekty za 50 mln zł. Zajmą cztery lata. Zoo zbuduje też biogazownię za 20 mln zł. Ma ona przetwarzać odchody 8 tys. zwierząt w prąd i ciepło lub chłód. Dziś odchody odbierają rolnicy, ale od 2017 r. w UE trzeba je będzie utylizować.

— Mam też nadzieję, że uda się nam zdobyć dodatkowe 5 ha, rozmowy są w toku. Planujemy tam małe miasteczko safari, w którym zwierzęta będzie można oglądać z rozklekotanej ciężarówki — zapowiada atrakcje Radosław Ratajszczak.

Zamiast smoka

Jego pomysły się sprawdzają, więc pewnie ze wsparciem miasta nie będzie problemów. W pierwszych trzech tygodniach od otwarcia Afrykarium zwiedziło 100 tys. osób. Zwykle w pierwszym kwartale zoo miało 3-5 proc. rocznych przychodów. To już się zmieniło. W styczniu tego roku ogród odwiedziło 113 tys. osób wobec 7,7 tys. rok wcześniej. W tym roku zoo spodziewa się 1,5-2 mln gości, dzięki czemu wejdzie do pierwszej piątki największych ogrodów zoologicznych w Europie. Podobno dzięki tej atrakcji samoloty Ryanaira na trasie Warszawa-Modlin — Wrocław są dziś w weekendy pełne rodzin z dziećmi.

— 75 proc. osób oprócz tego, że odwiedzi zoo, to jeszcze we Wrocławiu zje, zatankuje, kupi pamiątkę, może zanocuje. Statystyki z Europy Zachodniej dowodzą, że każda złotówka wydana w zoo przekłada się na 3 zł dla miasta. Mówimy o milionach złotych — podkreśla Radosław Ratajszczak. Na dodatek zmieniło się pozycjonowanie Wrocławia na mapie turystycznej Polski.

— Nie będziemy się ścigać z Krakowem na Wawel, bo nawet, gdybyśmy sobie wybudowali własny, to będzie popularny dopiero za 500 lat. Nie mamy szans z Gdańskiem, bo nie mamy morza. Nawet Toruń ma starszą starówkę. Ale mamy zoo, które teraz można zwiedzać cały rok — sumuje dyrektor. &