Alan Greenspan zastawił pułapkę na giełdowe byki

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-02-16 00:00

Rynki akcji czeka dłuższa korekta. Szef Fed nieświadomie zastawił pułapkę na byki, a te w nią ochoczo wpadły. Potwierdzi to przełamanie przez S&P 500 poziomu 1125 pkt.

Z Ameryki

Hossa w USA trwa w najlepsze, ale korekta zbliża się szybkimi krokami. Opóźniają ją kapitały szeroką falą napływające do funduszy. Inwestorzy osiągnęli jednak tak duże zyski, że można sobie wyobrazić szybkie wycofywania pieniędzy, kiedy pojawi się strach.

W zeszłym tygodniu tylko dzięki wystąpieniu Alana Greenspana udało się wypracować małe zyski na NYSE. Szef Fed powiedział dokładnie to, co każdy chciał usłyszeć: 2004 r. ma być rokiem ekspansji gospodarczej, inflacja powinna być niska, zatrudnienie będzie wzrastało i tylko duży deficyt budżetowy może lekko niepokoić. Nie sprawdziły się prognozy, że szef Fed ostro zaatakuje administrację za utrzymywanie groźnego dla gospodarki deficytu. Stało się coś zupełnie przeciwnego. Alan Greenspan poparł pomysł Białego Domu, by utrzymać na stałe cięcia podatkowe, które tymczasowo wprowadził prezydent George W. Bush. Nie widziałem jeszcze nigdy Alana Greenspana wypowiadającego się tak optymistycznie. Myślę, że przysłużył się mocno prezydentowi w jego drodze do reelekcji.

Warto zwrócić szczególną uwagę na dwa aspekty tego wystąpienia. Mówiąc, że słaby dolar pomaga w zmniejszeniu deficytu obrotów bieżących (bo rośnie eksport i powinien spadać import) szef Fed niedwuznacznie zachęcił do dalszego osłabiania amerykańskiej waluty. Teraz spekulanci wiedzą doskonale, że należy się bać jedynie banku Japonii i ECB, z tym, że ten drugi nie jest zbyt chętny do interwencji. Amerykanie będą robili wszystko, by dolara osłabić. Otwarte jest pytanie, czy nie przesadzą i nie doprowadzą do paniki. Uważam, że właśnie tak się stanie, bo rynki finansowe zawsze prowadzą trendy dalej niż analitykom może się wydawać. Poza tym Alan Greenspan wyraźnie nie znał ostatnich danych o rekordowym deficycie handlowym USA. Dolar musi osłabić się znacznie mocniej, by deficyt nie rósł.

Drugim bardzo wątpliwym elementem wystąpienia była odpowiedź na pytanie o szanse prognozy Białego Domu dotyczącej rynku pracy. Szef Fed co prawda był ostrożny i użył wielu słów „jeśli”, ale stwierdził, że realizacja prognozy jest wielce prawdopodobna. Wywołał tym zdziwienie wielu analityków. Twierdzą oni, że gospodarka powinna stworzyć do końca roku 3,6-5 mln nowych miejsc pracy, by prognoza Białego Domu została zrealizowana. Z ich wyliczeń wynika, że jeśli zatrudnienie będzie w każdym miesiącu rosło, to w grudniu musi sięgnąć 135,3 mln, by średnia miesięczna sięgnęła wartości zapowiadanej przez administrację. To oznacza, że co miesiąc do końca roku zatrudnienie musiałoby wzrastać o 462 tys., co jest praktycznie niemożliwe. Tylko raz w historii, w czasie wojny w 1941 r. amerykańska gospodarka zwiększyła zatrudnienie o 5 mln w 12 miesięcy. Teraz jednak mamy inne czasy, kiedy nie tylko trudno o wzrost zatrudnienia w USA. Coraz wyraźniej widać też tzw. mobilność w dół. Ludzie znajdują pracę, ale na stanowiskach, na których potrzebne są niższe kwalifikacje. Miałem nadzieję, że Alan Greenspan będzie chłodził rozpalone głowy. Zmiana słownictwa w komunikacie po ostatnim posiedzeniu Fed mogła to sygnalizować. Okazało się jednak, że wręcz przeciwnie — Fed podgrzewa nastroje i pomaga w budowania spekulacyjnej piramidy.

Giełdowy tydzień będzie w USA krótszy o jeden dzień. W poniedziałek giełdy nie pracują ze względu na rocznicę urodzin Waszyngtona. Nie znaczy to jednak, że nic nie będzie się działo. Dostaniemy sporo danych makro. Najważniejsze będą indeksy LEI (wyprzedzających wskaźników) oraz Fed z Nowego Jorku i Filadelfii. Pokażą, jak w tym miesiącu rozwijała się gospodarka w regionach. Te indeksy traktowane są jako zapowiedź poziomu indeksów ISM dla całego kraju. Oczekiwane są spadki, więc jest pole do pozytywnej niespodzianki. Bardzo ważne będą dane o wykorzystaniu potencjału produkcyjnego oraz dynamice produkcji przemysłowej. Zobaczymy, czy sektor produkcyjny rzeczywiście tak dobrze daje sobie radę, jak to sygnalizuje ISM. Dane z ostatniego tygodnia były dużo słabsze od prognoz, więc inwestorzy będą bardzo ostrożni.

Uważam, że wygląd indeksów jest mocno niepokojący. Zaryzykuję stwierdzenie, że rynek wejdzie w dłuższą i poważną korektę (na razie tylko korektę). Na NASDAQ już w końcu stycznia powstała formacja podwójnego szczytu. W przypadku S&P 500 i DJIA takie formacje (mniej regularne) wyraźnie powstają. To prawda, że mogą zostać zanegowane, a rynek może wejść w trend boczny, ale NASDAQ sygnalizuje, że tak nie będzie. Podejrzewam, że Alan Greenspan w zeszłym tygodniu nieświadomie zastawił pułapkę na byki, w którą te ochoczo wpadły. Potwierdzeniem, że tak właśnie jest, byłoby przełamanie na S&P 500 poziomu 1125 pkt.

Z Polski

To był bardzo dobry tydzień dla polskiego rynku. Potwierdziły się sygnały mówiące, że zagranica kupuje nasze akcje. Już w poniedziałek pękł historyczny rekord indeksu WIG, a WIG20 przełamał krytyczny opór na poziomie 1720 pkt oraz otworzył okno hossy na wykresie tygodniowym. Warto zauważyć, że indeksy wzrosły mimo wywołanego przez polityków niepokoju na rynku walutowym.

To, co ostatnio wyprawiają politycy wszystkich opcji, wypowiadając się na tematy gospodarcze, graniczy z sabotażem. Wiem, że to jedynie brak wiedzy o rynkach finansowych, ale jeśli ktoś zajmuje (lub ma zajmować) ważne stanowisko rządowe, to powinien ważyć słowa. A tymczasem nikt nie panuje nad językiem. Najchętniej zadedykowałbym politykom jeden z ostatnich przebojów zespołu Black Eyed Peas — tytuł mówi wszystko. Politycy powinni się szczególnie mocno zastanowić po ostatnich badaniach preferencji wyborczych. Najbardziej prawdopodobne wydają mi się badania OBOP, w których PO ma 24 proc., a Samoobrona — 23. W nowym Sejmie, gdzie SLD znowu stanie się partią lewicową, tylko Platforma będzie za reformą finansów publicznych. Dla polityków dbających o finanse publiczne hasło powinno brzmieć: teraz albo nigdy. Dobrze byłoby, gdyby politycy PO o tym pamiętali, bo euro po 6 zł nikt im nie wybaczy i nie pomogą tłumaczenia, ze winne jest SLD.

W przypadku złotego, niepewność budzi przede wszystkim ruch euro do dolara. Jeśli euro będzie się nadal wzmacniało to i nasza waluta będzie słabła, ale nie tak szybko, jak dotychczas (a ważna jest właśnie dynamika zmian). Będzie kilka różnych powodów wzmocnienia złotego, albo znacznego zmniejszenia tempa jego deprecjacji. Rząd będzie za granicą sprzedawał obligacje, a po wejściu do UE zaczniemy otrzymywać dużo środków unijnych. Poza tym powinno dojść do kilku dużych prywatyzacji. Dlatego będzie mnóstwo obcych walut do zamiany na złotówki. Mam nadzieję, że rząd nie okaże się tak naiwny, jak w zeszłym roku i nie poprzestanie na groźbach, że sprzeda waluty na rynku, ale rzeczywiście tak uczyni. Od marca powinno to utrzymać złotego w ryzach. Firmy działające w handlu zagranicznym muszą się już do tego przygotowywać. Zagranica wie, co robi, kupując nasze akcje za złotówki.

Ostatnio sugerowałem zwrócenie uwagi na sektor bankowy. Trzeba pamiętać, że zyskuje on w tym roku podwójnie: na obniżeniu poziomu rezerw obowiązkowych i na zmniejszeniu podatku dochodowego. Zyski będą dużo większe niż w 2003 r., zwłaszcza jeśli gospodarka będzie nadal przyśpieszała. Jeśli jednak spojrzeć na wykres tygodniowy indeksu WIG-Banki, to widać, że możliwe są dwa rozwiązania: wejście indeksu w hiperbolę albo odbicie od górnego ograniczenia kanału (zostało 2 proc.). Nic dziwnego, że w przypadku banków są tak duże wymiany akcji. Jedni inwestorzy kupują ze względów fundamentalnych, a drudzy sprzedają z powodów czysto technicznych. Ci, którzy wygrają, pokażą całemu rynkowi kierunek.

W tym tygodniu nastąpi wysyp wyników kwartalnych spółek. Dotychczasowe są bardzo dobre. Jeśli wziąć pod uwagę, że z całą pewnością część zysków z powodów podatkowych (obniżka CIT) została przesunięta na ten rok, to wyniki były w niektórych przypadkach wręcz znakomite. Teoretycznie powinno to pomóc rynkowi, a fala wzrostowa powinna trwać nadal. Wigometr pokazuje, że jest dużo byków, ale nie za dużo — nie przekraczają 50 proc. To ostrzeżenie, że tydzień nie musi się dobrze zakończyć.

Niepokoi również możliwość zakończenia hossy na rynkach rozwijających się z powodu sytuacji w Ameryce Łacińskiej. Zarówno brazylijska BOVESPA, jak i argentyński MERVAL wyglądają dramatycznie. Można pocieszać się, że to daleko od nas, a Polska wchodząc do UE powoli będzie opuszczać ligę rynków rozwijających się. Jednak w takim razie warto spojrzeć na Węgry. Ostrzeżenie, że agencja ratingowa Fitch może obniżyć rating, wywołało spadki indeksu BUX. Zachowywał się on bardzo nieciekawie i naruszył wsparcie na linii trendu. To ostrzeżenie dla Polski szczególnie ważne, gdyż rynek nasz znajduje się w fali piątej, która może się zakończyć bardzo gwałtownym zwrotem.

Jeśli mam rację i rynki światowe wejdą w korektę, to czy możliwe jest, by nasz kontynuował hossę? Możliwe, ale mało prawdopodobne. Jeśli doda się do tego przebieg wykresu indeksu bankowego, to prawdopodobieństwo jeszcze się zmniejsza. Zakładam, że w tym tygodniu na rynku powinna rozpocząć się korekta łagodzona wynikami spółek. Mamy do czynienia z ostatnią falą hossy, więc pojawia się podejrzenie, że to już jej koniec. Uważam, że tak nie jest. Przypomnijmy sobie wykres tygodniowy WIG20 z podwójnym dnem, zapowiadający wzrost indeksu przynajmniej do 1960 pkt. Do tego poziomu jeszcze daleko.