Albert Sosnowski: Przepraszam, czy tu biją?

DI
26-03-2010, 00:00

"Bo ja od dziecka czuję wstręt, by w twarz człowieka bić" — śpiewał w jednej ze swych ballad Włodzimierz Wysocki. Taki wstręt jest raczej obcy Albertowi Sosnowskiemu — bokserowi i showmanowi, od grudnia ubiegłego roku zawodowemu mistrzowi Europy federacji EBU.

W W ciągu 31 lat życia Sosnowski sprał niejednego — częściej dawał baty, niż je dostawał. Na 48 pojedynków na zawodowym ringu przegrał tylko dwa. Raz zremisował. Lubi zdemolować rywala przed upływem przepisowego czasu walki. Nokautował przeciwników aż 27 razy.

Wygrywał z lepszymi i gorszymi. Pierwszym przeciwnikiem na zawodowym ringu, 12 lat temu, był Jan Drobena, z którym Sosnowski wygrał. Później przyszło osiemnaście pojedynków z rzędu bez porażki. Aż do spotkania z Kanadyjczykiem Arthurem Cookiem, który znokautował Polaka w dziewiątej rundzie. Po pięciu latach treningów, walk z większymi i mniejszymi kozakami Albert zdobył tytuł mistrza świata federacji WBF, pokonując Lawrence’a Tauasę. Mistrzowskiego pasa nie oddał przez dwa lata, do 2008 r. i spotkania z Amerykaninem Zurim Lawrencem. Nokautu nie było, ale sędziowie nie mieli wątpliwości, że nowym mistrzem zostanie Jankes.

Jasnym punktem w karierze Sosnowskiego było pokonanie w 2008 r. Danny’ego Williamsa, który cztery lata wcześniej posłał na deski samego Mike’a Tysona. Do Witalija Kliczki, z którym Sosnowski zmierzy się za dwa miesiące, Williams nie miał już tyle szczęścia. W ósmej rundzie po celnym ciosie Ukraińca przeniósł się w odmienny stan świadomości i przynajmniej na jakiś czas miał dosyć boksu.

Ale wróćmy do Sosnowskiego. Jego kariera bokserska raz przyspieszała, raz zwalniała. W gorszych okresach, gdy nie było walk i nie było pieniędzy, imał się różnych zajęć. Największy pozaringowy rozgłos przyniósł mu udział w telewizyjnym reality show Big Brother. Fanki mdlały przed telewizorami, gdy z obnażonym torsem zmywał podłogę lub odziany w skąpe slipki zażywał kąpieli pod prysznicem. Muskulatura okazała się jednak na nic w zderzeniu z inną bohaterką programu — Jolą Rutowicz (niezorientowanym wypada wyjaśnić, że to osoba pozbawiona wszelkich umiejętności i talentów, a znana głównie z pokazywania się w różnych mediach w towarzystwie pluszowego konia). Swoją nominacją Rutowicz zafundowała Sosnowskiemu medialny — tym razem — nokaut, po którym wyleciał z domu Wielkiego Brata. I dobrze, bo wrócił na ring, gdzie jest jego miejsce.

Od kilkunastu dni, czyli od kiedy Witalij Kliczko, mistrz świata wagi ciężkiej federacji WBC, zaproponował Sosnowskiemu walkę, wszyscy zadają sobie pytanie: dlaczego akurat Polak i czy ma jakiekolwiek szanse w starciu ze znacznie wyższym i sporo cięższym, a przede wszystkim bardziej doświadczonym i utytułowanym Ukraińcem? Do znu- dzenia porównuje się Alberta Sosnowskiego do filmowego Rocky’ego Balboa. Wieszczy się, ile rund wytrzyma w starciu z wielkim mistrzem. W rzeczywistości ma to jednak drugorzędne znaczenie. Kliczko — doktor filozofii — zalicza się do bokserów, dla których walka to nie tylko zawód, ale sposób na życie. Sosnowski rozumie natomiast, że niezależnie od wyniku majowego pojedynku zyskuje szansę otarcia się, dosłownie i w przenośni, o bokserską legendę. Inny legendarny bokser — Jerzy Kulej — przestrzega go, co prawda, że za milion dolarów, który ma otrzymać za walkę, zdrowia nie odkupi. Ale podejmując wyzwanie Kliczki, Sosnowski już odniósł pierwsze zwycięstwo. Pozostaje życzyć drugiego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Albert Sosnowski: Przepraszam, czy tu biją?