Brytyjski rynek pracy skurczy się o 1,3 mln etatów. To cena za uniknięcie bankructwa.
Mieszkańcy Albionu zapłacą wysoką cenę za lata życia ponad stan, o czym w ubiegłym tygodniu "zapomniał" wspomnieć George Osborne, kanclerz skarbu, ogłaszając program ostrych cięć w budżecie. Z nieopublikowanego raportu Ministerstwa Finansów, do którego dotarł dziennik "Guardian", wynika, że w konsekwencji zaciskania pasa w ciągu pięciu lat tamtejszy rynek pracy skurczy się nawet o 1,3 mln etatów. Ubytek miejsc pracy nie dotyczy wyłącznie budżetówki.
Informacje utwierdziły opozycję i związki zawodowe w przekonaniu, że największe od II wojny światowej oszczędności utrudnią Wielkiej Brytanii wydostanie się z najgłębszej recesji od czasów wielkiego kryzysu. Zdaniem ekonomistów, rząd nie ma jednak wyjścia.
— Cięcia budżetowe są konieczne, bo co czwarty funt wydawany przez brytyjski rząd jest pożyczany — mówi Michał Dembiński, dyrektor ds. strategii w Brytyjsko-Polskiej Izbie Handlowej.
W 2009 r. deficyt finansów publicznych sięgnął 11,5 proc. PKB, czyli 160 mld GBP.
Resort finansów broni się jednak przed atakami opozycji i twierdzi, że wzrost gospodarczy będzie niezagrożony (w 2010 r. PKB ma zwiększyć się o 1,2 proc., w 2011 — o 2,3 proc.). Dzięki niemu sektor prywatny stworzy do 2015 r. 2,5 mln miejsc pracy.
Zdaniem Brendana Barbera, sekretarza generalnego Kongresu Związków Zawodowych, rząd może się przeliczyć.
— Skoro dane wskazują, że cięcia wydatków uderzą mocniej w prywatny niż w publiczny rynek pracy, to takie twierdzenia są absurdalne — powiedział Brendan Barber.
Teoretycznie informacji brytyjskiego dziennika powinni obawiać się Polacy, pracujący na Wyspach.
— Cięcia wydatków socjalnych i obniżka podatków dla najniżej zarabiających spowodują, że znaczna część z 3 mln osób żyjących z zasiłków wróci do pracy. W efekcie konkurencyjność na rynku pracy, m.in. fizycznej, mocno wzrośnie — mówi Michał Dembiński.
Uspokaja jednak, że polscy emigranci nie będą masowo wracać do Polski.
— Wielu brytyjskich pracodawców jest zdania, że znacznie lepiej zatrudnić zmotywowanego Polaka niż Brytyjczyka, który ostatnie lata spędził na kanapie przed telewizorem — twierdzi dyrektor w Brytyjsko-Polskiej Izbie Handlowej.
Podobnie uważa Adam Antoniak, ekonomista Banku BPH, który twierdzi, że polscy emigranci mogą skorzystać, jeśli czarny scenariusz się spełni.
— Jeśli firmy będą musiały ograniczać zatrudnienie, Polacy pracujący za niższe stawki będą w lepszej sytuacji niż Brytyjczycy — mówi Adam Antoniak.
Powrotu polskich emigrantów nie spodziewa się także Aleksandra Świątkowska, ekonomistka PKO BP.
— Polacy, wyjeżdżając na Wyspy, podejmowali pracę głównie w sektorze prywatnym, który jest bardziej uzależniony od sytuacji w globalnej gospodarce, a ta się poprawia — uważa ekonomistka PKO BP.
Za pozostaniem na Wyspach przemawia też kurs funta i osłabienie złotego.
— Wczoraj płacono za niego ponad 5 zł, jeszcze na początku marca było to około 4,25 zł —mówi Michał Dembiński.