Rok 2001 był dla inflacji w Polsce niezwykle łaskawy. Mówiąc inaczej Polska nie była miejscem, w którym rosły ceny. Poziom wskaźnika cen dóbr i usług konsumpcyjnych poniżej 4 proc. był do niedawna tylko marzeniem ekonomistów. Dziś stał się faktem. Dlaczego się nie cieszymy?
Przede wszystkim dlatego, że źle się ułożyło. Radykalny spadek inflacji zbiegł się w czasie z silnym spowolnieniem gospodarek całego świata. Dla inflacji tym lepiej — przy słabnącym popycie i zaufaniu konsumentów bardzo łatwo utrzymać stabilny poziom cen. Z drugiej strony nie sposób nie docenić „cichych sprzymierzeńców”: spadających cen paliw, urodzaju czy spadku cen mieszkań. Innymi słowy 2001 r. był idealnym momentem na szybkie hamowanie inflacji.
Pytanie, które automatycznie się pojawia, brzmi: czy uda się ponownie? Czy trendy dezinflacyjne, ukształtowane w 2001 r., można powtarzać w nieskończoność? Czy Polsce się udało, czy też polityka pieniężna (bo to ona odpowiada za inflację) jest i będzie właściwa? I wreszcie zabarwione nieco niemerytorycznie, choć stawiane ostatnio najczęściej pytanie: czy Rada Polityki Pieniężnej, walcząc z inflacją, nie zrobiła przy okazji krzywdy wzrostowi gospodarczemu, czyli polskim przedsiębiorcom?
Dziś żaden ekonomista, z podpisanym obok włącznie, nie da jednoznacznej odpowiedzi na te pytania. Co nie oznacza, że nie będzie to możliwe już niedługo. Jeśli — zgodnie z prognozami — sytuacja na świecie polepszy się na przełomie lat 2002/2003, wzrost powinno być widać także nad Wisłą. Jeśli Polska gospodarka odżyje, a ceny nie zaczną nagle rosnąć, znajdziemy potwierdzenie słuszności polityki prowadzonej przez RPP pod wodzą Leszka Balcerowicza. Jeśli cały świat ruszy z miejsca, zostawiając Polskę w tyle, z szybko rosnącą inflacją, będzie to oznaczało porażkę rady.
Obecnie możemy tylko trzymać kciuki. Za polską gospodarkę oczywiście.