Amerykanie, nic się nie stało

08-11-2012, 00:00

Elektryzujące cały świat wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki zakończyły się standardowo.

Elektryzujące cały świat wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki zakończyły się standardowo — dotychczas urzędujący otrzymał od głosującej części Amerykanów promocję na drugą kadencję. Barack Obama w głosach elektorskich pokonał Mitta Romneya pewnie 332:206 lub 303:235 (przydział 29 głosów z Florydy w momencie zsyłania tego tekstu nie był jeszcze znany), ale nie był to aż taki triumf jak miażdżące 365:173 cztery lata temu.

Zebrał również w skali całego kraju więcej od republikańskiego rywala głosów wyborców, ale też z górką mniejszą niż poprzednio. Czyli wszystko skończyło się we wtorek 6 listopada dokładnie tak, jak można było wnioskować z przebiegu wielomiesięcznej kampanii wyborczej. Sensacyjne zachwianie sondaży w jej ostatnim miesiącu było skutkiem wizerunkowej wpadki Obamy w pierwszej debacie telewizyjnej, ale w dniu głosowania sytuacja wróciła do normy.

Złą wiadomością dla starego/nowego prezydenta jest status quo również w Kongresie. Wybrana w całości od nowa Izba Reprezentantów pozostaje republikańska, demokraci kontrolują natomiast odnowiony we wtorek w jednej trzeciej Senat. Od pierwszych godzin po wyborach nakazuje to kontynuację znanych z pierwszej kadencji bardzo trudnych kompromisów. Priorytety gospodarcze obu partii są zupełnie inne. Mitt Romney i republikanie czytelnie nawiązują do idei Ronalda Reagana sprzed trzydziestu lat.

Filarami ówczesnej tzw. reaganomiki było obniżanie podatków, zmniejszanie wydatków budżetowych, ograniczanie ingerencji państwa w gospodarkę oraz trzymanie inflacji w ryzach ścisłą kontrolą ilości pieniędzy w obiegu. Jeśli strategię gospodarczą obecnego lokatora Białego Domu przez analogię nazwalibyśmy obamomiką, to jej kanony są dokładnie odwrotne! Najsilniejszym, a właściwie jedynym, filarem jest prowadzona przez Fed systematyczna emisja pustego pieniądza.

Trzeba uczciwie przypomnieć, że Barack Obama cztery lata temu na starcie odziedziczył po George’u W. Bushu kłopotliwy spadek. Był to prawie bilion dodrukowanych w kryzysowej panice zielonych papierków (w obrazowym przełożeniu na jednodolarówki). Ale tamten prezent tak mu się spodobał, że podczas czteroletniej kadencji wpompował następny bilion.

Jeszcze większym ciężarem na gospodarce kładzie się skok amerykańskiego długu publicznego w ciągu czterech lat z około 10 do 16,2 bln USD, blisko ustawowego limitu 16,4 bln USD. W sprawie tego tzw. klifu fiskalnego Barack Obama musi się z Kongresem porozumieć — jeszcze jako prezydent dotychczasowy — do końca listopada. Jeśli mu się nie uda, to od 1 stycznia marne będą perspektywy całej sfery budżetowej, czyli jego elektoratu.

Po ogłoszeniu nieoficjalnych, ale już pewnych, wyników wyborów Barack Obama wygłosił triumfalne przemówienie w stylu „miałem sen”. W uniesieniu przepowiedział, że Ameryka najlepsze lata ma przed sobą — znaczy pod jego światłym przewodem w następnej kadencji. W interesie świata leży, żeby nie wyszło jak w znanym u nas dowcipie z epoki PRL.

Otóż ukrywana latami przez władze, ale jedyna prawdziwa odpowiedź na powszechnie zadawane przez społeczeństwo pytanie: „Kiedy będzie lepiej”, brzmiała: „Już było”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Amerykanie, nic się nie stało