W trakcie listopadowego „rajdu Świętego Mikołaja” analitycy zgodnym chórem trąbili nadejście fali hossy, która wyniesie indeks WIG 20 do poziomu co najmniej 1300 pkt. I co? Stało się dokładnie odwrotnie.
Długo broniłem się przed popularną wśród małych inwestorów spiskową teorią dziejów. Miniony tydzień sprawił jednak, że w końcu jej uległem. Mówi ona, że gdy dom maklerski, zwłaszcza zachodni, radzi kupować akcje danej spółki, to trzeba szybko je sprzedawać. Przykład? Na początku grudnia, idąc za radą Deutsche Banku, kupiłem 200 akcji TP SA. Broker wycenił akcje operatora na 18,10 zł, czyli około 30 proc. powyżej ich ówczesnej wartości.
Fakt, że prognoza niemieckiego banku ma półroczny horyzont czasowy, ale termin jej opublikowania uznaję za wysoce niefortunny. Stało się to bowiem tuż przed sprzedażą 65 mln akcji TP SA, jakie dostały od Skarbu Państwa trzy instytucje. Przypadek, zbieżność dat? Jakoś nie wierzę w zbiegi okoliczności. Co ciekawe, dzień po rekomendacji Deutsche Banku swoją prognozę dla Telekomunikacji przedstawił DM BOŚ. Broker ten wycenił walory TP SA na 12,50 zł. Różnica pomiędzy obydwoma rekomendacjami jest zaskakująca — wynosi aż 44 proc. Tyle się mówiło o skandalicznie wysokich różnicach w wycenach akcji ITI przy okazji emisji publicznej spółki, ale chyba nie zostały wyciągnięte wnioski z tamtej lekcji. Nie wiem, czy ostatnimi rekomendacjami dla TP SA nie powinien zainteresować się stosowny organ nadzorczy nad rynkiem kapitałowym.
Nie będę dłużej wierzył w przyszłe zalecenia kupna. Od teraz będę takie sugestie traktował jako impuls do sprzedaży walorów rekomendowanych firm. Czuję się bowiem wpuszczony w maliny. Obdarzyłem DB zaufaniem, co zemściło się na mnie 12-proc. stratą na inwestycji w TP SA. Na razie jednak nie sprzedam walorów spółki. Liczę, że odkuję się dzięki tzw. efektowi stycznia. Większość analityków przekonuje za pośrednictwem prasy, że wystąpi on w lutym. Moim zdaniem, będzie on miał miejsce właśnie w styczniu.