Asesor za szybą

Jacek Konikowski
opublikowano: 10-02-2010, 00:07

Sielski obrazek: życie według własnych reguł, bez zbędnych wyzwań i gonienia króliczka. Arkadiusz Muś, najbogatszy asesor w Polsce, bez kozery powie, że zarabia na czymś, na czym się nie zna, że handel mu uwłacza i że marzy o zielonej marynarce.

Jego świat to kawał golfowego pola pod Częstochową, wart 60 mln zł — substytut jachtu w Monako, odrzutowca, willi z basenem i tych wszystkich kolących w oczy atrybutów, którymi zwykle otaczają się biznesowi potentaci. A on też nim jest, choć nietypowym. Bukolicznym. Oglądającym świat zza szyby. To największy w Polsce producent szyb zespolonych, ale zapytajcie go, jak się je robi — wzruszy tylko ramionami i powie: "Nie wiem i nie chcę wiedzieć".

Zobacz więcej

Arkadiusz Muś

Zdrowo grzmotnąć

W golfie najważniejsze jest pierwsze uderzenie: uderzysz słabo, wtedy do końca będziesz gonił za króliczkiem. Gruchniesz z całych sił — i wiesz, że będzie dobrze. Ale trzeba wiedzieć, jak uderzyć piłkę, żeby wpadła na greena, a nie wylądowała w bunkrze. Bo nie zawsze można liczyć na mulligana (możliwość powtórzenia pierwszego uderzenia bez konsekwencji).

Arkadiusz Muś miał farta. Choć mówi raczej o szczęściu w nieszczęściu.

— Od dziecka marzyłem, by zostać przedsiębiorcą, prywaciarzem, ale od lat młodzieńczych — prokuratorem generalnym — mówi.

Dzieci zwykle nie pragną być facetem z aktówką, lecz herosami: strażakami, lotnikami, gliniarzami lub — choćby — woprowcami.

— Ale ja naprawdę chciałem być taki, jak mój pradziadek, dziadek czy ojciec. Coś tworzyć... Pradziadek był murarzem, dziadek był murarzem i tata też miał zakład murarski. Większość mojej rodziny prowadziła własny biznes. Ze wsi jestem, więc chyba mam coś z chłopa, którego marzeniem jest być na swoim — tłumaczy Muś.

Więc konsekwentnie: szkoły jedna za drugą. Wszystkie "w temacie".

— Gdy stanąłem przed perspektywą pójścia na politechnikę, poznałem kolegę, który studiował prawo. Te jego opowieści! Oszalałem wtedy na punkcie prawa. Obejrzałem chyba wszystkie amerykańskie filmy z prawnikami w roli głównej i zamarzyłem, by być prokuratorem generalnym. Prestiż! Ta pozycja społeczna, finansowa, moralna. Chciałem być kimś! — wspomina Muś.

Myślał, że nie tylko w Ameryce tak jest, że w Polsce "komitetów centralnych" również. Młody był. I głupi.

Marzenia w mydlanej bańce

W golfie nie ma łatwych uderzeń. Najładniejsze są drive’y, kiedy gracz mocno uderzy i piłka szybuje daleko. I rzadko wpada do dołka. Z kolei putt, zazwyczaj niezbyt efektowne uderzenie na greenie, wieńczy dzieło i daje punkt. Golfiści mawiają, że "drive dla publiki, putt dla forsy" (Drive for show, putt for dough), czyli że putt jest ważniejszy od długiego drive’a. Zdarza się jednak i tak, że piłka jest na greenie metr od dołka, a jednak zamiast do niego wpaść, zakręci się tylko na jego krawędzi i poturla dalej. To tzw. lip-out — uderzenie, które powraca w sennych koszmarach wielu golfistów. Oznacza niespełnione szczęście i zawiedzione nadzieje.

Nasz bohater zaliczył takiego lip-outa zaraz po studiach, kiedy zaczął pracę w prokuraturze. Lata w uczelnianej ławie miały zaowocować spełnieniem marzeń o blichtrze i prestiżu. Tymczasem…

— Chciałem pójść na aplikację adwokacką, ale nie przebiłem muru rodzinnych koneksji i zawodowych powiązań. Wylądowałem w prokuraturze. Okazało się, że ta robota wygląda zupełnie nie tak, jak ją sobie wyobrażałem. Nie miała nic z wymarzonego szacunku i splendoru. W prokuraturze rejonowej nawet nie otarłem się o wielki świat. Jako asesor prowadziłem sprawy o pobicie przez żonę lub odwrotnie, porwanie kury czy kradzież roweru — opowiada.

Marzenia asesora o podpatrzonym w amerykańskich filmach blichtrze prysły, gdy odebrał swą pierwszą prokuratorską pensję.

— To było 85 tys. starych złotych, czyli jakieś 9--10 dolarów. Już wtedy znałem moją obecną żonę, która pomagała mi te 9 dolarów zagospodarować, zresztą pomaga do dzisiaj. Moi koledzy z prokuratury robili grube interesy. Na handlu. Gdy ja żyłem za te kilka dolarów, oni obracali setkami tysięcy zielonych. Zazdrościłem im — wspomina Muś.

Od zazdrości do działania droga krótka. Nasz bohater zarejestrował firmę na żonę i rzucił się w wir raczkującego kapitalizmu.

— W piątek do ósmej rano pracowałem na swoim, potem na kilka godzin do prokuratury, po południu znowu export-import. Wsiadało się w samochód, jechało po towar, jakieś owoce, napoje, rozwoziło po sklepach, inkasowało pieniądze. Takie początki… — wspomina Muś. Można rzec — standard. Ale:

— Owszem, pieniądze już jakieś były, ale był też niesmak. Handel mi uwłaczał. To chodzenie, proszenie, targowanie… Kupowanie taniej, by sprzedać drożej… Żenada! A ja marzyłem o tworzeniu, budowaniu, produkowaniu. Żeby coś po sobie zostawić. Mam to w genach. Murarz przychodzi na pusty plac, na którym po trzech miesiącach stoi budynek. Cudowna rzecz! Po latach widać efekty pracy. Dlatego szukałem jakiejkolwiek produkcji, czegoś związanego z budownictwem — wspomina Muś.

W końcu znalazł. Bankruta. Wydmuszkę.

Na swoje

W golfowym slangu jest kilka określeń gracza. Ten, który na widok lecącej piłki wrzeszczy uwaga! zamiast fore!, na bank jest królikiem (rabbit — początkujący gracz). Jego partner może się przechwalać, że zaliczyłby road hole (czyli 17 dołek na polu w St. Andrews, uchodzący za najtrudniejszy na świecie), ale sądząc po kępkach wyrwanej trawy i rachunku za utopione w stawie piłeczki, będzie raczej dufferem (kiepskim graczem). Połączeniem duffera z mistrzem jest sandbagger — gracz, który celowo udaje ofiarę losu, ukrywając umiejętności w celu zyskania przewagi w zawodach czy zakładach. Wygrać z takim to sztuka. Im dłużej Arkadiusz Muś z tobą rozmawia i poznajesz jego pogląd na świat i ludzi, tym bardziej narasta przekonanie, że jest kimś w rodzaju takiego sandbaggera.

Rok 1991. Spółka Press-Glas, polsko-szwedzkie join venture, potknęła się na produkcji szyb zespolonych. Może było za wcześnie, może nie wiedziała jak, a może wcale nie chciała ich produkować? Ważne, że była do kupienia.

— Prawdopodobnie powstała tylko po to, żeby zaciągnąć kredyty i zostać sprzedana. Teraz to wiem, ale wtedy byłem tak zaślepiony i zachwycony, iż kupuję firmę, która może coś wytwarzać, że nie wiedziałem, w co się pakuję. Kupiłem ją chyba pięć razy drożej niż była warta. Można powiedzieć, że jej właściciel, Szwed, wycyckał mnie, ale na moje własne życzenie — opowiada Muś.

Początki? Husarskie: robota po 20 godzin na dobę. Nie raz jeszcze wspomni z rozrzewnieniem papierkową sielankę w prokuraturze.

— Czyste szaleństwo. Na początku była hala 500 mkw., popsuta maszyna do produkcji szyb zespolonych, dziewięciu pracowników i zero znajomości rynku. Z moim dyrektorem zamykaliśmy się na wiele godzin w kantorku, paliliśmy po trzy paczki Marlboro, snując plany podboju Polski. Konkurenci — wielkie koncerny jak Saint-Gobain czy Pilkington — nawet o nas nie słyszeli. A my szliśmy jak ćma w ogień. Nie mieliśmy nic do stracenia, jedynie odwagę, by zarobić ten pierwszy milion — dodaje Muś.

Miał wtedy 29 lat i mocne postanowienie, że jak się nie uda teraz, to już pewnie nigdy. A szansa na to, że marzenie zakończy się klapą, była spora. Gdyż na szybach zespolonych Muś się nie znał i, jak twierdzi, nie zna się do tej pory.

— Ogólnie coś tam ogarniam, ale w szczegółach jestem kiepski. Ja naprawdę nie wiem, jak się te szyby robi! I to jest źródło mego sukcesu, że nigdy nie wchodziłem w takie detale. Od tego są mądrzejsi. Otaczam się fachowcami, którzy wiedzą, co robią. Po prostu ufam ludziom — mówi Muś.

Ejże! Każdy tak mówi, że od mądrych nie stroni. Ale biznes to biznes. Trzeba się na nim znać — i basta!

— Serio, nie wiem… Nikt z branży mi nie wierzy, gdy to mówię. A ja naprawdę nie potrafię opowiedzieć, na czym polega proces technologiczny produkcji szyb zespolonych. Nie wiedziałem, nie wiem i nie zamierzam wiedzieć! I to wcale nie jest jakieś pozerstwo — zarzeka się nasz bohater, największy w Polsce producent szyb zespolonych i hartowanych, nr 1 w Europie (z tych niezależnych).

Dzisiaj Muś wciąż ma 100 proc udziałów w Press-Glasie i nikomu nie zamierza ich odsprzedać. Z dwóch powodów: bo, jak mówi, najgorsze w biznesie to wspólnicy i że nic tak w życiu nie rajcuje, jak bycie niezależnym.

Nietypowy menedżer. Także dlatego, że choć inwestuje na potęgę, nie snuje planów. Gdy go zapytać, gdzie będzie za dwa czy dziesięć lat, wzruszy ramionami.

— Nie wiem. Mój horyzont czasowy to — góra — rok. Gdzie będę za dwa, trzy lata? Sam jestem ciekaw. Ostatni kryzys pokazał, że wszyscy zmieni- liśmy plany w ciągu kilku miesięcy. Nie, nie jestem typem wizjonera — mówi Muś.

W golfie tajemnica udanych uderzeń tkwi w oczach. Dobry gracz zawsze patrzy na piłkę, kiepski — w miejsce, gdzie chciałby ją posłać. A Arkadiusz Muś mówi, że golf to dla niego "sposób na życie".

— O jego wielkiej pasji go golfa wiedzą wszyscy, ale niewielu ludzi wie o jego zaangażowaniu społecznym. Dzięki zaufaniu, jakim prezes Press-Glasu obdarza Fundację FOR, udało się w ostatnim roku zrealizować wiele ważnych projektow obywatelskich — twierdzi Jarosław Bełdowski, znajomy z dawnych lat.

Niepolityczne zagranie

Podstawowa zasada na polu golfowym to nie gadać, gdy gracz przymierza się do uderzenia. To rozprasza. Jest coś, co uparcie mąci uporządkowany, bukoliczny świat byłego asesora — niczym kępka wyrwanej murawy czy gracz sikający na pole golfowe. Politycy... Zwłaszcza ci, którzy twierdzą, że wynaleźli grilla i go Polakom podarowali. Muś jest na nich cięty niezwykle. Drugi Palikot.

— PiS to ludzie zamknięci na argumenty, ograniczeni fobiami, zakompleksieni, podżegający do zawiści i tworzący podziały. Poza tym wystarczy na nich spojrzeć. Gdy studiowałem prawo, na zajęciach z kryminologii uczono nas, że przestępcy mają określone fizjonomie, sam ich wygląd jest już podejrzany — twierdzi Muś.

Po chwili dodaje:

— Wkurza mnie, że prezydent mówi: "Jeżeli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma" — sugerując, że je ukradł. Dlaczego ten człowiek mnie obraża? Kto mu dał prawo obrażać najbardziej przedsiębiorczych ludzi w kraju? Dzięki nam ten kraj funkcjonuje i rozwija się. W skali światowej jest tylko jeden taki człowiek — mówi Muś.

Radykał? Chętnie założyłby sieć fanklubów Palikota i marszałka Stefana Niesiołowskiego.

— Nikt mnie nie prześcignie w niechęci do Kaczyńskich. Gdyby znowu wygrali wybory, a mam nadzieję, że Bóg nas ponownie nie doświadczy, bo już nas raz ukarał rządami PiS-u, wszystko bym sprzedał i wyjechał z kraju. Naprawdę — zarzeka się Muś, uważający się za liberała z krwi i kości. Z przekonania.

W przeciwieństwie do wielu przedsiębiorców nie krępuje go rozmowa na trudne tematy:

— Jestem wrogiem "świętych krów" ze związków zawodowych. Związki mogą być, ale ich działacze powinni, tak jak wszyscy, pracować osiem godzin na hali, a dopiero potem odwalać związkową robotę. Ich płaca nie powinna wynikać z pełnienia funkcji związkowych, ale z pracy. A tak, w jednej hucie jest 15 związków, sekretarek, kierowców, prawników etc., wszyscy opłacani z kasy firmy. Rząd Tuska powinien wygonić związkowców z biur do łopat, bo inaczej wejdą nam wszystkim na głowę — mówi liberał Muś, który od lat wspiera Fundację Forum Obywatelskiego Rozwoju.

— Pan Arkadiusz Muś jest nie tylko wybitnym przedsiębiorcą, ale i człowiekiem oddanym sprawie projektów obywatelskich. Jest osobą o wielu zainteresowaniach — uważa Leszek Balcerowicz.

Ostatni dołek

Najczęściej gra się na polach 18- dołkowych. Bywają i 36-dołkowe, ale i tak gra się na osiemnastu. Właściwie to na dziewiętnastu, bo w żargonie golfistów ten ostatni, dziewiętnasty dołek to… bar w budynku klubowym. Tam kończy się grę.

— Każdy ma swój raj. To pole jest ukoronowaniem mojego życia, symbolem odniesionego sukcesu finansowego. Nieźle to sobie wykombinowałem, prawda? Robię, co chcę, mówię, co chcę. Czego chcieć więcej? — mówi Muś, który nie ma, i nie chce mieć jachtów, dzieł sztuki, biznesowych jetów czy rezydencji w Monako. Ma swoje 18-dołkowe pole golfowe, na którym mieszka, pracuje. I robi, co chce.

I epilog. Ostatni dołek, ostatnie uderzenia. Muś bierze zamach i… Piłeczka ląduje w stawie. Nerwy. Wyjmuje drugą. Znowu zamach i… Plum! Z takim handicapem — i to na własnym polu, do tego dwa (bo jeszcze bar) dołki przed końcem? Nerwy tłumione.

— Golf potrafi sponiewierać, poniżyć, stłamsić i niejednego nauczyć pokory. Chojrak wchodzi na pole, a schodzi pokorny baranek z ego wielkości łebka zapałki — mówi Muś, pakując do torby "żelazo siódemkę".

Wierzy, że kiedyś i tak zdobędzie zieloną marynarkę. Święty Graal każdego golfisty. W biznesie już ją zdobył.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Asesor za szybą