Atom rusza po pieniądz

Magdalena GraniszewskaMagdalena Graniszewska
opublikowano: 2014-04-15 00:00

Bez finansowania elektrowni nie będzie, a zdobyć je trudno. Inne są oczekiwania PGE, inna oferta rynku.

Pieniądze wybijają się na pierwszy plan dyskusji wokół budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej. Zdominowały wczorajsze Międzynarodowe Forum Energetyki Jądrowej, zorganizowane przez „The Warsaw Voice” i „Powermeetings”.

FOT. Bloomberg
FOT. Bloomberg
None
None

— Finansowanie jest dziś najpoważniejszym problemem przy prowadzeniu inwestycji jądrowych. Rozbiło się już o niego wiele bardzo dobrych projektów, np. w Bułgarii i na Litwie — mówiła Marzena Piszczek, wiceprezes PGE EJ 1, spółki z grupy PGE, odpowiedzialnej za przygotowanie i budowę elektrowni.

Kto da na długo?

Według Programu Polskiej Energetyki Jądrowej, faza budowy i podłączenia elektrowni do sieci zacznie się dopiero w 2019 r. i potrwa pięć lat. Zorganizowanie pieniędzy to jednak zadanie pilne — na ten i przyszły rok. Zwłaszcza że w przypadku polskiego projektu plan zakłada pozyskanie partnera strategicznego, który zaoferuje i technologię, i usługi operacyjno-utrzymaniowe, i finansowanie.

— Widzimy na rynku ogromny dysonans między naszymi oczekiwaniami a możliwościami rynku — przyznaje Marzena Piszczek.

I nie chodzi tu o kwoty, choć te są potężne. Rząd szacuje, że na budowę jednej elektrowni atomowej trzeba będzie przeznaczyć 50 mld zł, dwóch — 100 mld zł, co daje koszt budowy 1 MW na poziomie ok. 4 mln EUR.

Chodzi o czas finansowania. Krajowy rynek obligacji oferuje maksymalnie 10 lat, międzynarodowy — 15, a potrzebne jest finansowanie na przynajmniej 18 lat. Na banki komercyjne nie ma przy tym co liczyć, bo — jak wynika z analiz PGE — ich udział w projektach atomowych nigdzie na świecie nie jest znaczący.

— Dlatego znaczącą rolę odegrają najprawdopodobniej zagraniczne agencje kredytów eksportowych, które będą w ten sposób wspierać dostawców dla polskiego projektu — zapowiada Marzena Piszczek. Poza tym ciężar pozyskania finansowania spoczywa również na spółce matce, czyli PGE. Wciągnęła już do współpracy trzy inne państwowe firmy: KGHM, Tauron i Eneę, które obejmą po 10 proc. udziałów we wspólnej z PGE spółce celowej, budującej elektrownię.

— Ta struktura własnościowa daje obraz naszego podejścia do minimalnego progu zaangażowania, który wyznaczymy inwestorowi strategicznemu — wskazuje, nieco enigmatycznie, Marzena Piszczek.

Do tego potrzebne będzie jeszcze wsparcie ze strony państwa, czyli — jak proponuje PGE — kontrakty różnicowe lub gwarancje państwa.

Potrzebna gwarancja

Nawet przy pomocy państwa nie będzie łatwo.

— Cała Europa ma dziś ten sam problem: inwestorzy wycofują się z projektów wytwórczych, bo nie mają gwarancji ceny energii ani wolumenu, który będą mogli sprzedawać. Dlatego rekomendowałbym proste skopiowanie brytyjskiego systemu kontraktów różnicowych. Inaczej będziemy mieć pat — alarmuje Konrad Świrski, koordynator ds. energetyki jądrowej na Politechnice Warszawskiej. Trudności widzi też Maciej Bukowski, prezes Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

— Utrudnieniem może okazać się osłabienie otwartych funduszy emerytalnych, czyli naturalnego kandydata na inwestora długoterminowego — zauważa Maciej Bukowski.