Auta mają oczy

opublikowano: 19-08-2015, 22:00

Floty Sprzedaż wideorejestratorów samochodowych rośnie w o kilkaset procent rocznie

W połowie 2014 r. sklep internetowy Agito.pl opublikował raport o sprzedaży wideorejestratorów samochodowych. Okazało się wówczas, że zainteresowanie tymi urządzeniami w Polsce rośnie. W ogromnym tempie. W 2013 r. zanotowano czternastokrotny wzrost sprzedaży w porównaniu z rokiem 2012. Świeższych danych nie ma. Dokładnych liczb też. Ale sprzedawcy tych urządzeń mówią o wzrostach. Nawet nie kilku a kilkunastokrotnych. Co więcej urządzeniami tymi interesują się również floty. A zważywszy na to, iż pojazdy służbowe to nawet 70 proc. ulicznego ruchu i 60 proc. wszystkich sprzedawanych w Polsce nowych aut można przypuszczać, że przed producentami tych urządzeń obfite żniwa.

Czy trzeba się obawiać wszechobecnych kamer za szybami milionów samochodów? Dokładnie tak samo jak kamer w hipermarketach. Codziennie jesteśmy nimi nagrywani. Niespokojni są tylko złodzieje
Zobacz więcej

PERMANENTNA INWIGILACJA:

Czy trzeba się obawiać wszechobecnych kamer za szybami milionów samochodów? Dokładnie tak samo jak kamer w hipermarketach. Codziennie jesteśmy nimi nagrywani. Niespokojni są tylko złodzieje Bloomberg

— Zainteresowanie wideorejestratorami w Polsce jest bardzo żywe i ten segment rynku prężnie się rozwija. Stale rośnie także średnia cena sprzedaży tych urządzeń — mówi Mariusz Manowski dyrektor regionalny MiTAC.

Miliony oczu

Kamera zapisująca pokonywaną trasę pozwala rozstrzygnąć, kto jest sprawcą ewentualnego zdarzenia drogowego. Dostarcza także materiału ułatwiającego postępowanie przed ubezpieczycielem lub sądem oraz pomoże zlokalizować piratów drogowych stanowiących zagrożenie na drodze. Cechy tych urządzeń przekonują zarządców flot.

— Już teraz część klientów spółki LeasePlan jest zainteresowana wideorejestratorami. Coraz częściej spotykamy się z sytuacjami, kiedy kamery są instalowane w zarządzanych przez nas samochodach. Na ten moment urządzenia te pozwalają przyspieszyć likwidację szkód komunikacyjnych. Nagrania z rejestratorów są również dowodem w sytuacjach spornych podczas kolizji. Takie urządzenia są rozbudowane o GPS, który rejestruje prędkość i lokalizację pojazdu. To istotne parametry pozwalające ustalić sprawcę kolizji oraz zweryfikować okoliczności zdarzenia drogowego — mówi Krzysztof Ligoń, kierownik ds. likwidacji szkód komunikacyjnych, LeasePlan Polska. Zdaniem Sylwestra Pawłowskiego, prezesa Safety Logic, eksperta projektu edukacyjnego „Świadomy Kierowca”, coraz większa liczba kamer w autach będzie miała dobre skutki. Zaznacza jednak, że floty samochodowe nie stosują monitoringu wideo na masową skalę.

— Gdyby tak było mielibyśmy chyba największy na świecie obywatelski system wyłapywania piratów. Wprowadzenie do firm takich narzędzi musi być powiązane z ustanowieniem odpowiedniego regulaminu i zakomunikowaniem kierowcom zmian, celu i korzyści jakie oni i firma mają osiągnąć. Jeżeli chcemy zmniejszyć szkodowość, mieć wpływ na styl jazdy, a w konsekwencji na mniejsze spalanie musimy nie tylko dobrze się przygotować ale również skutecznie wdrożyć system. Bez tego kierowcy uznają, że jest to dla nich zagrożenie i urządzenia będą się często psuły, ślepły itp. — przekonuje Sylwester Pawłowski.

Inną motywację do zapewnienia sprawności kamer ma osoba prywatna, a inną będzie miał pracownik firmy. Firmy raczej nie będą się angażować w zamieszczanie wideo z piratami na YouTube czy w zgłaszanie wykroczeń innych kierowców.

— A więc jeżeli ma to być prewencja i element programu bezpieczeństwa, to trzeba do tego w pierwszej kolejności przekonać załogę — mówi Sylwester Pawłowski. Konsultanci centrum zgłoszeniowego programu „Jaka jest moja jazda?” coraz częściej odbierają zgłoszenia od osób, które nagrały wideorejestratorem szaleńczą jazdę kierowcy i chcą nam to nagranie udostępnić.

— Oczywiście przekazujemy je do osób zarządzających flotą i wiemy, że są traktowane poważnie. Film pozwala udowodnić klientowi, że jego kierowca rzeczywiście stanowi zagrożenie, a dzięki nagraniu nie będzie mógł wyprzeć się udziału w takim zdarzeniu — mówi Tomasz Ziemba, prezes spółki Jaka Jazda.

Dodaje, że najczęściej nagrania dotyczą osób, które już wcześniej miały na swoim koncie po kilka skarg od innych użytkowników dróg, zarejestrowanych przez system „Jaka jest moja jazda?”.

— Nagrania to dobry sposób na udokumentowanie niebezpiecznych zachowańkierowców i pozwala później wyciągnąć wobec nich konsekwencje — uważa Tomasz Ziemba.

Uwaga na przepisy

Motywacja to jedno. Przepisy drugie. Ich zagmatwanie sprawia, że wykorzystywanie nagranych filmów może być niezgodne z prawem, jeśli fakt ich rejestrowania nie zostanie zgłoszony Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Ponieważ w Polsce wciąż nie ma ustawy regulującej kwestie monitoringu wizyjnego, GIODO przyjmuje, że takie sprawy powinny być rozpatrywane na podstawie przepisów dotyczących właśnie ochrony danych osobowych. Tymczasem polscy kierowcy wśród powodów, dla których montują rejestrator, wymieniają także możliwość zarejestrowania wykroczeń popełnianych przez innych kierowców po to, żeby móc zgłosić ich zachowanie policji. W komendach wojewódzkich stworzono nawet specjalne adresy mailowe przeznaczone właśnie dla osób chcących przesłać zarejestrowane amatorskim sprzętem materiały dokumentujące wykroczenia. Jeśli kamery trafią do milionów służbowych aut, będziemy mieli do czynienia z pełną drogowo-flotową inwigilacją?

— W ciągu trzech lat prowadzenia firmy Jaka Jazda zaobserwowałem, że tylko część zarządców flot podchodzi uczciwie do problemu bezpieczeństwa kierowców i szuka odpowiednich rozwiązań. W wielu przypadkach niestety skargi zamiatane są pod dywan. Panuje powszechne przyzwolenie na łamanie przepisów, a pracownicy często dostają 500 zł bonusu na pokrycie mandatu z fotoradaru bez wskazywania sprawcy — mówi Tomasz Ziemba. Liczy się ilu odwiedzili klientów i jak dużo zarobili dla firmy pieniędzy.

— Od jednego zarządcy floty usłyszałem, że nie może wprowadzać żadnych radykalnych rozwiązań, ponieważ jego prezes jeździ bez prawa jazdy. Stracił je z powodu punktów karnych. Jak widać, przykład idzie z góry. Obawiam się, że w Polsce potrzeba długich lat, aby zmienić mentalność ludzi i zrozumieć, że za bezpieczeństwo na drogach odpowiadamy wszyscy jednakowo — dodaje Tomasz Ziemba.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu