Bałtyckiej rury nic nie zatrzyma

opublikowano: 10-02-2019, 22:00

Mandat państw członkowskich dla rumuńskiej prezydencji Rady Unii Europejskiej do rozpoczęcia negocjacji z Parlamentem Europejskim (PE) w sprawie nowelizacji dyrektywy gazowej bezdyskusyjnie oznacza przełom proceduralny w trwającej już budowie drugiej nitki bałtyckiego gazociągu Nord Stream.

Ale absolutnie nie taki, jak od piątku fałszywie przedstawia to Polakom aparat propagandowy tzw. dobrej zmiany. Objęcie inwestycji Gazpromu prawem unijnym nie będzie równoznaczne z jej… zablokowaniem, lecz dokładnie odwrotnie — ucywilizuje rurę i wytrąci argumenty jej przeciwnikom. Za prawno-polityczne ustabilizowanie Nord Stream 2 rosyjski koncern poniesie oczywiście wielkie koszty, bo nie zechcą ich pokrywać mniejsi, unijni udziałowcy rurociągowego konsorcjum — niemieckie koncerny BASF-Wintershall i Uniper, austriacki ÖMV, francuski Engie i brytyjsko-holenderski Royal Dutch Shell. Ale dla Władimira Putina otwarcie drugiej nitki będzie kolejnym politycznym triumfem, wartym każdych pieniędzy. Wszak nadzór nad bezpieczeństwem strategicznej magistrali Nord Stream będzie znakomitym uzasadnieniem dla aktywizacji rosyjskiej Floty Bałtyckiej…

Rura Nord Stream 2 jest na dnie Bałtyku układana, konsorcjum pod wodzą Gazpromu
żadną dyrektywą się nie przejmuje.
Zobacz więcej

Rura Nord Stream 2 jest na dnie Bałtyku układana, konsorcjum pod wodzą Gazpromu żadną dyrektywą się nie przejmuje. Fot. Axel Schmid

Komisja Europejska wniosła projekt zmiany dyrektywy w listopadzie 2017 r., jednak pozostawał on martwy. PE rozpoczął prace dość szybko, ale na forum ministerialnej Rady UE wstawienie nowelizacji do agendy blokowały kolejne rotacyjne prezydencje w 2018 r. — najpierw Bułgaria, a potem Austria. Było to nieprzypadkowe, albowiem oba państwa są gazowo silnie związane z Rosją. W pierwszym półroczu 2019 r. formalnie przewodniczy Rumunia, jednak prawdziwymi decydentami oczywiście są Niemcy i Francja, czyli założyciele europejskiej wspólnoty, nadal pociągający za sznurki. Wymyślili bardzo sprytny, niby kompromisowy chwyt. Otóż restrykcyjne szczególnie dla Gazpromu przepisy tzw. trzeciego pakietu energetycznego, m.in. wykluczające bezpośrednie zarządzanie rurociągami przez firmy handlujące gazem, w przypadku morskiego Nord Stream 2 obejmą jedynie krótki odcinek na wodach terytorialnych państwa, przez które gaz wprowadzany jest na terytorium UE — czyli Niemiec. A cała reszta bałtyckiej rury, zarówno na wodach międzynarodowych, jak i w akwenach państw unijnych po drodze, ma pozostać prawną wolnoamerykanką, czy raczej wolnorosjanką. Na podstawowym odcinku, zwolnionym od „terytorialnej aplikowalności przepisów”, żaden inny podmiot się Gazpromowi w interesy nie wetnie — no, chyba, że od samych źródeł jakiś… rosyjski, ale to oczywiście mrzonka. Taka pokrętna konstrukcja prawna oznacza, że konieczne będzie wynegocjowanie umowy międzyrządowej ze stroną rosyjską, żeby zapewnić ciągłość stosowania unijnego prawa na całym odcinku Nord Stream 2.

PE inicjatywę Rady UE podejmie bardzo szybko, bo przecież czekał ponad rok. Kadencja realnie kończy się już w kwietniu, zatem czasu na negocjacje pozostaje niewiele. Można się spodziewać, że nowelizacja dyrektywy gazowej — oczywiście w sprytnej wersji niemiecko-francuskiej — zostanie ukończona i może jeszcze w 2019 r. wejdzie w życie. Cała ta inicjatywa to rozpaczliwa próba ogarnięcia choćby eksploatacji Nord Stream 2 unijnym prawem. Bo sama inwestycja pozostaje rosyjsko-niemiecka, ze wsparciem pozostałych udziałowców, i przebiega jak w tytule.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu