Bankom przyda się porządna lekcja

Paweł Zielewski
opublikowano: 2002-08-23 00:00

A miało być tak pięknie i czysto: inwestujemy w akcje spółek z obiecujących sektorów; czekamy na deszcz pieniędzy z inwestycji. Genialny w swej prostocie plan, będący w istocie rdzeniem założeń bankowości inwestycyjnej, w Polsce chyba spalił na panewce.

Swoje straty z tytułu zaangażowania w akcje spółek z GPW, giełdowe banki liczą w grubych milionach złotych. Mało kto wierzy jeszcze, że sektor relatywnie szybko podniesie się po ciosie finansowym. Mało kto jest też przekonany, że rodzime instytucje poniechają prób wchodzenia na śliski parkiet bankowości inwestycyjnej. Ten rodzaj aktywności zawsze był najbardziej dochodowy. Najbardziej ryzykowny — to prawda — ale przynoszący największe zyski. W polskim wydaniu na razie wyszło nie tak, jak powinno. I dobrze się stało.

Dlaczego dobrze? Dlatego, że teraz każdy poważny bank myślący o poważnej bankowości inwestycyjnej będzie starał się opracować własny jej model, którego podstawą powinno być stworzenie instrumentarium możliwie jak najbardziej ograniczającego ryzyko poniesienia strat. Pamięć o zasadzie „lepiej mieć mniej, ale mieć, niż mieć dużo, ale na debecie” została zagłuszona perspektywą taplania się w złocie. Co prawda — skala dekoniunktury zaskoczyła cały rynek, ale był moment, kiedy można było katastrofę przewidzieć.

Nie ma sensu szukać winnych, biadać nad rozlanym mlekiem, sugerować komu zabrakło wiedzy, a komu wyobraźni. Sektor bankowy na razie przestał być lokomotywą giełdy i z tym trzeba się pogodzić. O wiele ważniejsza dla tysięcy drobnych inwestorów i milionów ciułaczy jest odpowiedź na pytanie: w jaki sposób banki zamierzają odrobić straty poniesione na GPW? Najłatwiej byłoby zedrzeć pieniądze z klientów. Proszę jednak nie uważać tego za podpowiedź, lecz za ostrzeżenie. Po co banki miałyby tracić dwa razy?