Beskidy Leszka Niemyckiego

WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK
opublikowano: 2012-02-29 00:00

Admirator południowej Afryki, jednak serce zostawił Beskidzie Sądeckim. Wakacje — również zimowe — najchętniej spędza na stromych zboczach Eliaszówki.

W Afryce zachwycają go przestrzenie, zwierzęta żyjące na wolności, dzikość natury. W botswańskim Kasane podziwiał lwy i słonie, podglądał też małe hipopotamy przy wodopoju. Córka zrobiła mu nawet tapetę z hipopotamim dzieckiem na wyświetlaczu służbowego telefonu. Chętnie wspomina swoje wyprawy do RPA, na australijską Wielką Rafę Koralową, Antarktydę, podróże po Stanach Zjednoczonych. Ale...

None
None

Wybrałem Piwniczną — opowiada. W tej okolicy góry nie są za wysokie, ale też niezbyt niskie. Nasz dom stoi 1000 m.n.p., to niemal jak szczyt Gubałówki.

Malownicza Dolina Popradu, Dunajec, okolice Rytra, Muszyna, Krynica... A po drugiej stronie granicy Zamek Spiski. Dwie, trzy doliny dalej Pieniny. Nie ma tam tak wielu warszawiaków jak np. w Zakopanem — to też się nam spodobało. Zaczęliśmy jeździć w okolice Piwnicznej tak często, że w końcu powiedziałem do żony: „Może warto coś tutaj kupić?”

Kupowanie trwało rok, jakieś 10 lat temu. W tamtych okolicach wszystkie tereny są własnością wielopokoleniowych rodzin, dlatego akt notarialny podpisywałem z jedenastoma spadkobiercami jednocześnie. Kupiliśmy działkę ze starym, wymagającym gruntownego remontu domkiem i łąką na zboczu.

Przyszywany góral. Kiedy już się stałem właścicielem, jeden z gospodarzy spytał: „Może zostawić panu ze dwa worki ziemniaków, bo to już pora sadzić?”. W ten sposób stałem się przyszywanym góralem. Piwniczna to urocze miasteczko, bardzo stare, założone jeszcze przez Kazimierza

Wielkiego. Jak wiele innych w tamtym regionie obejmuje duży teren z rozsianymi zabudowaniami. I chociaż mój dom znajduje się w granicach miasta Piwniczna-Zdrój, jest oddalony 13 km od rynku. Czyli w mieście, ale na końcu świata. Przeprowadziłem remont, którego koszty podwoił transport drewna na górę — nie dało się tego dowieźć, więc budulec był wciągany na linach. Sprzedawcy materiałów budowlanych szybko się nauczyli, że nie można mi sprzedawać towaru z dowozem, bo transport pod górę jest niezwykle trudny i kosztowny.

Święty spokój. Mam grzyby — rosną tam niewyobrażalne ilości prawdziwków, trochę rydzów. A ponieważ jest stromo, nie trzeba się specjalnie schylać. Niezliczone krzewy dzikich jeżyn i malin. Spacery — Sucha Dolina, Obidza, Jaworki — widok na Białą Wodę i panoramę z Trzema Koronami. Mam tam święty spokój, sympatycznych sąsiadów (nie za blisko).

W nocy czasem słychać wilki, kilka razy ślady swoich odwiedzin w obejściu zostawił mi niedźwiedź. A czego tam nie ma? Nie ma komarów — już dla nich za wysoko. Nie ma upałów — można spędzać czas na werandzie i podziwiać niezwykłe widoki.

Pod górę. Jednego roku postanowiliśmy spędzić Święta w Piwnicznej. Zima była przeciętna, ale śnieg... Tam jest zawsze. I to w ilościach, o których nam w Warszawie się nie śniło. Wtedy pojawił się problem. Pokonanie pięciu kilometrów pod górę w śniegu po kolana nie jest łatwe. Po drodze żona kilka razy miała dość i zaczęła żałować naszego góralskiego pomysłu.

Szczęśliwie zjawił się sąsiad z saniami. Ale uprzedził nas, że śniegu bywa więcej, znacznie więcej... I wtedy koń z saniami też nie przejdzie. Odśnieżać się nie da, trzeba by mieć pług na wyłączność, zresztą przy tak stromym zboczu to i tak byłoby niemożliwe.

Trzeba było zainwestować... Pierwszy skuter śnieżny był bardzo ładny, nowoczesny. Z silnikiem benzynowym, czterosuw. Cichutki. Miał tylko jedną wadę — jak się okazało w praktyce, na tę naszą górę w ogóle się nie nadawał. Pierwszy wjazd trwał mniej więcej cztery godziny i przebiegał w towarzystwie górali na znacznie lepiej przystosowanych do warunków zimowych skuterach, którzy odkopywali mój ze śniegu. Zapadał się, był za ciężki. Pierwszy sezon jeździliśmy więc w asyście, bo co chwilę potrzebowaliśmy pomocy.

A, no i trzeba się było nauczyć jeździć tym po górach. To zupeł nie co innego niż jazda po płaskim terenie. Drugi skuter, dwusuw, nie miał wstecznego biegu i śmierdział spalinami. Dopiero trzeci, ze specjalnej serii na głęboki śnieg, okazał się idealny. Takie niemal arktyczne skutery mają bardzo szerokie gąsienice i moc około tysiąca koni. A i tak przy dwumetrowym śniegu trzeba jednoosobowo (lżejszym pojazdem) przetrzeć trasę, zanim dwie osoby przejadą po śladzie. Nie jest łatwo nawet jednej osobie dostać się pod górę.

Przy tej okazji odkryłem w sobie pasję do skuterów. Ten rejon to jedno z rzadkich miejsc w Polsce, gdzie można jeździć skuterem śnieżnym — oczywiście po wyznaczonych trasach. Mam taką przewagę, że mogę jeździć po drodze do własnego domu.

Poza tym, po drugiej stronie granicy, tuż obok, jest bardzo dużo pięknych polan. Słowaccy gospodarze nie mają nic przeciwko jeżdżeniu skuterami śnieżnymi. Trzeba jednak pamiętać, że zasady grzeczności zobowiązują, by po takiej wyprawie zjechać na dół do restauracji na obiad. Latem sporo osób jeździ quadami, motorami crossowymi, rowerami i konno.

Cały „przekrój turystyczny” z piechurami włącznie. Ruch jest całkiem spory w tych naszych górach. Zimą tylko na skuterach, nikt więcej tak wysoko nie wjedzie. Poza tym to trudne trasy, wymagające sporych umiejętności i na nasze szczęście dużo ludzi zraża się do tego, wbrew pozorom, wyczerpującego sportu. Utrzymanie skutera na stromych zboczach, balansowanie wymaga nie tylko sprawności, ale i sporo wysiłku.

Trzeba wyczuć maszynę i nauczyć się ją prowadzić. Zresztą stąd wywodzą się mistrzowie tego sportu. Z Piwnicznej pochodzi mistrz akrobacji motorowej Paweł Maślanka. To niezwykła okolica, dlatego mimo mojego ogromnego sentymentu do Afryki i wielu wypraw w najbardziej odległe zakątki świata wciąż najchętniej spędzam wolny czas „u siebie” — w Beskidach. &

Leszek Niemycki

Od 2009 r. prezes Deutsche Bank PBC, wcześniej wiceprezes banku. W latach 90. członek rady nadzorczej, wiceprezes i członek zarządu w Pierwszym Polsko-Amerykańskim Banku (od 1999 r. Fortis Bank Polska). Absolwent SGPiS w Warszawie (1988) oraz University of Wisconsin i University of Colorado.