Wygląda na to, że po ustanowieniu w czwartek nowego rekordu na WIG20 inwestorzy postanowili chwilę odpocząć. Tak można zinterpretować piątkowo-poniedziałkowy bezruch wśród największych spółek.
Wiele do myślenia daje zupełny brak reakcji inwestorów na serię krajowych danych makroekonomicznych, z inflacją na czele. Niewykluczone, że inwestorzy — ślepo wpatrzeni w rozwój trendu na Wall Street — przestali zwracać uwagę na to, od czego teoretycznie powinni uzależniać decyzje inwestycyjne, a mianowicie na fundamenty polskiej gospodarki. Te, co prawda, nie pogorszyły się znacząco, ale jednak inflacja we wrześniu przyspieszyła do 2,3 proc. z 1,5 proc. w sierpniu, podczas gdy analitycy prognozowali wzrost do 1,9 proc. Można było się spodziewać chociaż krótkotrwałej emocjonalnej reakcji na tę wiadomość, nic takiego jednak nie nastąpiło.
Skoro dane o inflacji przeszły bez echa, to tym bardziej nie mogły go wywołać informacje o wynagrodzeniach, zatrudnieniu czy bilansie handlowym. Zmienność indeksu największych spółek utrzymała się na bardzo niewysokim poziomie z pierwszej połowy sesji. Wciąż na poprawienie czeka rekord intraday 3919,10 z 9 lipca. Do pobicia lipcowego rekordu trzeba jednak będzie zmobilizować większe siły — w poniedziałek obroty sięgnęły ledwie 770 mln zł.
Nieco żywiej zareagowali gracze na spadkowy początek notowań na Wall Street. Potwierdza to silną korelację polskiej giełdy z amerykańską, choć nie da się tego uzasadnić związkami gospodarczymi krajów czy spółek. Liczą się tylko emocje.
Amerykanie rozpoczęli tydzień na minusie, choć indeks aktywności wytwórczej w stanie Nowy Jork niespodziewanie wzrósł w październiku do 28,8 pkt. Analitycy spodziewali się spadku z 14,7 pkt w poprzednim miesiącu do 13,1 pkt w obecnym. Zamiast się cieszyć, inwestorzy popatrzyli przez pryzmat zbliżającego się posiedzenia FOMC i stwierdzili, że dobre dane zmniejszyły szanse na obniżkę stóp.